Bernard Nowak: «Dużo wody upłynie, zanim Polacy będą prawdziwie wolni»

Pisarz, redaktor i wydawca, działacz NSZZ „Solidarność”, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, od maja 2005 r. prezes Lubelskiego Oddziału.

Urodził się w 1950 r. w Kwidzynie, pierwsze 10 lat mieszkał w Malborku, potem rodzina wyprowadziła się do Smolic w woj. poznańskim. Ukończył LO w Krotoszynie, uczył się w Studium Nauczycielskim w Kaliszu, pracował w PGR Łagiewniki. W 1969 roku zdał na polonistykę na Katolicki Uniwersytet Lubelski. Dwa lata później (1971) przeniósł się na Uniwersytet Jagielloński; po roku wziął urlop dziekański... W 1972 roku znalazł się w Warszawie i zatrudnił w Miejskim Przedsiębiorstwie Robót Inżynieryjnych jako placowy. W 1973 wrócił na KUL. Napisał pracę magisterską o wątkach faustowskich w «Dzienniku» Witolda Gombrowicza – ale zrezygnował z jej obrony. Ze względów rodzinnych osiadł w Lublinie. W 1981 wyjechał na kilka miesięcy do RFN – wrócił w październiku. Od 1 XII pracował w Regionie NSZZ «Solidarność». Po 13 XII uczestniczył w strajku w Świdniku, potem, do 1989 r., pracował jako podziemny drukarz. Wyjeżdżał do Niemiec, Holandii i Francji. W 1988 r. współzakładał Wydawnictwo «Test», obecnie prowadzi je sam. W latach 1998–2002 był dyrektorem biura projektów architektonicznych, odwiedził wtedy Rosję i Izrael. W 1990 wydał «Cztery dni Łazarza» (Instytut Literacki, Paryż), w 2003 «Taniec Koperwasów», tytuł nominowany do Nagrody «Paszporty» Polityki oraz Nagrody im. Józefa Mackiewicza. Publikował m.in. w "Twórczości", "Kresach" i "Akcencie". Wiosną 2004 r. otrzymał Nagrodę Artystyczną Miasta Lublina, zaś w 2004 Nagrodę Literacką im. B. Prusa. W 2006 wydał „Smolice No 86”. W tym roku ukaże się tom „Wyroby duchowe”.
 
– Czy można powiedzieć, że Lublin stał się dla Pana miastem rodzinnym, chociaż urodził się Pan na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych?
 
W żadnym przypadku. Choć mam tu wielu znajomych, nie uważam, aby to było moje miasto. Sądzę, że tak już zostanie, nawet jeśli któregoś dnia wyzionę w nim ducha… Powodów jest kilka, z nich pierwszy to różnica mentalności. Jeśli ktoś dorastał w Poznańskiem, przesiąkł Prusakami (śmiech), wówczas trudno zaakceptować sposób myślenia ludzi Wschodu, choćby tego najbliższego. Równie zasadniczym powodem jest ukształtowana przez lata postawa, którą mogę określić mianem duchowej opozycji. Mieszkając w poznańskiej wsi byłem jednak „z miasta”, ucząc się w krotoszyńskim LO byłem ze wsi, studiując na KUL byłem w opozycji do PRL, potem przeszedłem na zawodowstwo, schodząc do podziemia… Ale również na KUL, gdzie tworzyły się zręby podziemnej działalności wydawniczej, potem i Solidarności, też nie było mi spieszno, by się w cokolwiek włączać. Po prostu nie wierzyłem, iż propozycje tak radykalne jak te, które rodziły się w kręgu „Spotkań” Janusza Krupskiego i Bogdana Borusewicza (by wymienić osoby dziś najbardziej znane), mają najmniejsze choćby szanse realizacji. Utopijność postaw, metody oporu wydawały się pochodzić z podszytego szaleństwem harcerstwa. To było porywanie się z motyką na księżyc – na sierp i młot!… Chłopski rozum, także chrześcijaństwo, a potem Gombrowicz podpowiadali mi, że zło, jeśli można pokonać, to przede wszystkim w nas samych. Był to więc program minimum – dzięki temu realistyczny. Ale, jak to się mówi, historia oceniła, kto miał rację… Jednak śmietnik historii to wcale atrakcyjne miejsce!… (śmiech)
 
– W czasie stanu wojennego był Pan działaczem Solidarności. Jakie książki drukował Pan w podziemiu?
 
Nigdy nie należałem do Solidarności ani nie byłem jej działaczem. Byłem podziemnym drukarzem. To był wielki, ogólnonarodowy ruch, prawdziwa rezurekcja, wziąłem w tym udział na tyle, na ile potrafiłem, ale nie czuję potrzeby zaciągania pod jakiekolwiek sztandary. W grudniu’81 był to odruch niezgody, bunt wobec junty Jaruzelskiego, niemal fizjologiczny, potem potrzeba robienia czegokolwiek, co przeciwstawiało się wszechogarniającej beznadziei. Tak więc powody miałem osobiste, prywatne. Outsiderzy są potrzebni jak sól potrawom… Musiałem ponadto z czegoś żyć, zaś wydawanie książek było związane ze skromnymi, ale dość regularnymi dochodami. Drukowaliśmy zaś – prócz regularnego „Biuletynu” – wszystko, co docierało w postaci gotowych do druku materiałów, łącznie około pięćdziesięciu tytułów. Warto wymienić „Sowiecką teraźniejszość i rosyjską przeszłość” A. Besançona, esej, który do dziś, także w Polsce, nie stracił aktualności… Warto „Utopię u władzy” Michaiła Gellera i Aleksandra. Niekricza. Wydawano w podziemiu „Doktora Żivago”, a także A. Płatonowa, Brodskiego, Gorbaniewską, Galicza, Jerofiejewa, Władimira Bukowskiego, Wojnowicza, pieśniarza Wysockiego, wielkiego Szałamowa, nie mówiąc o Sołżenicynie, którego „Lenina w Zurychu” sam drukowałem. Nic w tej rosyjskiej obfitości dziwnego, literatura Rosji jest jedną z najlepszych, a Polakom szczególnie bliska.
 
– Czy w latach 80. wierzył Pan, że ustrój polityczny w Polsce zmieni się tak szybko?
 
On się jeszcze nie zmienił!… Albo inaczej: Zmieniły się struktury, instytucje, ale ludzie są ciągle przesiąknięci komuną. Dużo wody upłynie, zanim Polacy będą prawdziwie wolni. Nie stanie się to na pewno za mojego życia. Jak mówi Sandor Weöres: „Smród stajni tej nie odejdzie mi od ubrania już”. Bardzo trudno wytropić gnieżdżącego się w nas niewolnika, a jeszcze trudniej wygnać. Każdy go w sobie ma, zżyliśmy się z nim i go polubili. Podobnie trudno przełamać dychotomię władza-obywatel, która tak łatwo przemienia się w inną: pan-poddany.
 
– Dlaczego, Pana zdaniem, w Związku Radzieckim nie powstało coś takiego jak polska Solidarność?
 
Nie znam się na Rosji, abym mógł się na taki temat wypowiadać. Gdy czytam „Martwe dusze”, coś mi w głowie świta… Także „Biesy”, tę pełną szyderstwa powieść o opozycji, według mnie nie do końca sprawiedliwą. Jest bowiem czymś naturalnym, iż do opozycji lgną ludzie pokiereszowani przez los, państwo, system, jednym słowem – jakiegoś rodzaju margines. Marginesy się przyciągają… Zarzucać opozycji, że jest marginesem i bywa karykaturą, to tak samo odkrywcze jak wodzie, że jest mokra.
Chyba podstawowym powodem, dla którego w ZSRR nie narodził się ruch podobny do Solidarności jest to, że system sowiecki był o wiele bardziej represyjny niż jego polskie popłuczyny. Dolegliwości, których doznawali żyjący w ZSRR dysydenci, to nie tylko zakaz druku, towarzyski ostracyzm, nieotrzymywanie paszportu czy kilka lat więzienia. To Syberia, Komi, Magadan, cały system GUŁag-ów ze straszliwymi, nieopisywalnymi mękami, to psychuszki i zabójstwa, które zdają się mieć polityczne podłoże. To zbrodniarze u władzy, mordujący nie, jak Hitler, przede wszystkim „wrogów”, ale współrodaków. Stara to, niestety, rosyjska tradycja… W takich warunkach akces do opozycji bywał równoznaczny z decyzją, by przyjąć na siebie rolę skazańca, wybrać taki los. Nie każdy jest powołany do męczeństwa, ludzie pragną i mają prawo do spokojnego, normalnego życia. Winić za nienormalny stan rzeczy można i należy tych, którzy tworzą system – i tych, którzy dołączają do niego, niekiedy tylko po to, by ciągnąć z tej sytuacji profity.
 
– W 1988 roku stał się Pan współzałożycielem Wydawnictwa „Test”, od tego czasu został Pan „ojcem” ponad 70 tytułów. Z którą z wydanych książek wiąże się najciekawsza historia?
 
… i ojcem dwóch synów! (śmiech) Każda książka to jakaś historia, ich zagęszczenie przypadało chyba na początkowe miesiące wydawnictwa, choćby wtedy, kiedy to wytoczyliśmy proces Głównemu Urzędowi Cenzury o ingerencje w „Hańbie domowej” Jacka Trznadla. Ingerencje były „tylko” trzy, dwie mało istotne, trzecia dotyczyła wywiadu ze Zbigniewem Herbertem. Cenzura domagała się usunięcia całości. Nie mieliśmy zamiaru podporządkować się tej decyzji i wydaliśmy książkę za wiedzą, ale bez zgody Urzędu. Kilka miesięcy później cenzurę zlikwidowano. To był debiut wydawnictwa.
Chcieliśmy zadebiutować „Archipelagiem GUŁag”, mieliśmy zgodę Redaktora Giedroycia, brakowało autorskiej. W tym celu kolega z wydawnictwa wybrał się do Paryża, by spotkać się z przedstawicielem A. Sołżenicyna w Europie, ale pokrzyżował te plany wypadek samochodowy, z którego jadący cudem uszli z życiem. Plany upadły – a książkę wydał ktoś inny. Nam pozostała zaplamiona krwią koperta, którą przechowuję do dziś. Jest ironią historii, że „GUŁag” wyszedł w oficynie o nomenklaturowej, peerelowskiej genealogii.
 
– Co skłoniło Pana do pisania? Czy byli autorzy, którzy inspirowali Pana do tworzenia?
 
Zawsze wydawało mi się, że będę pisał, ostatecznym bodźcem był stan wojenny i podziemna działalność. Niejeden z nas nie chciał tonąć w marazmie ani polityce, choćby dlatego, że wszystko wówczas w te kanały spychało. Tak powstały „Cztery dni Łazarza”. Poważną zachętą był też brak w dzisiejszej Polsce wielkich pisarzy… Gdy żyli tacy prozaicy jak Gombrowicz, Białoszewski, Iwaszkiewicz, Czapski czy Herling-Grudziński, człowiek siedział jak mysz pod miotłą… a teraz niejeden ze średnich odważnie podnosi głowę. Trawestując Norwida: Pisarze średni wtedy przychodzą, gdy wielkich pisarzy nie ma. Oczywiście dobrze, że przychodzą – choćby po to, by następni mieli się od kogo odróżnić, odbić. Równie istotna przyczyną, już osobistą, było przekonanie, że to ostatni dzwonek. Że jeśli w ogóle mam zacząć, to teraz – bo wygląda na to, że mądrzejszy już nie będę (śmiech).
Pyta pan o inspiracje… Gdybym musiał koniecznie wskazać pisarzy, wymieniłbym Gombrowicza, Czechowa, Babla, Szałamowa, Józefa Mackiewicza, Tomasza Manna, niektóre rzeczy Hemingwaya i Faulknera – nie jako wzory tylko literackie, lecz ze względu na ich, nazwijmy to tak, postawę wobec drugiego człowieka. Za credo można by przyjąć słowa Dostojewskiego: „Pisarz, który sprzeniewierza się prawdzie, natychmiast traci talent…” Nie ma potrzeby dodawać, że pisarz to ten, który staje po stronie przegranych, bitych, poniżanych i nie brata się z carami czy sekretarzami. Reszta bodźców przychodzi zewsząd – z opowiadania teściowej, podsłuchanej rozmowy, niemądrej audycji telewizyjnej. Jak mawiał Białoszewski, literatura jest wszystkożerna…
 
– Pana „Taniec Koperwasów” stał się wydarzeniem literackim, był nominowany do prestiżowych nagród ogólnopolskich, zdobył Nagrodę Artystyczną Miasta Lublina oraz lubelskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Zawiera obraz dorastania młodego chłopca na Ziemiach Odzyskanych. Czy są w tej powieści pewne wątki autobiograficzne?
 
Gdy nagabywano w podobny sposób Prousta, szukając w jego dziele realnych postaci, odpowiadał: „To jest powieść!…” Oczywiście, niemal wszystko, co się pisze, zawiera wątki autobiograficzne, bo wyrasta z nas, kwestia w tym, jak te wątki rozumieć – szerzej czy bardziej konkretnie. Akcja mojej książeczki dzieje się w latach 40. XX w., nie było mnie wówczas na świecie, jednak sama wieś, w której się toczy, istnieje realnie, bywałem tam jako dziecko na wakacjach. Podobnie z postaciami: to moi wujkowie i ciocie, ale tak „przetworzeni”, że nawet ja zaczynam się gubić, co jest prawdą, a co zmyśleniem. To zresztą od któregoś momentu nieważne: ważniejsze jest znaleźć język, rytm, tempo, w którym chce się coś opowiedzieć. Także klimat czy stan psychiczny, na tyle atrakcyjny, by czytelnik zechciał się nim „zarazić”. To kwestie o proweniencji muzycznej… Dla takich w końcu wartości sięgamy do dziś po „Tristana i Izoldę” i „Metamorfozy…”
 
– Dramatyczne okoliczności uniemożliwiły Panu wydanie Sołżenicyna. Czy w dorobku Pana wydawnictwa są jednak utwory pisarzy rosyjskich?
 
Książka Tamary Pietkiewicz jest pierwszą. Mam nadzieję, że będą następne, choć z wydawaniem literatury rosyjskiej łączy się pewien zasadniczy kłopot. Wraz z rokiem 1989 i odrzuceniem tego, co radzieckie, doszło do retorsji obejmującej także rosyjską kulturę. W szkołach zlikwidowano język rosyjski… Nie ma prawie wznowień klasyków, nie mówiąc o nowej literaturze, o której – poza specjalistami – nikt nie ma zielonego pojęcia. Wydawać w tych warunkach Rosjan to spore ryzyko. Wahadło zaczyna już powracać, musi upłynąć trochę czasu, nim sytuacja się znormalizuje. Myślę, że bez pomocy finansowej instytucji państwowych żadne z małych wydawnictw tego ryzyka nie podejmie.
 
– Swego czasu odwiedził Pan Rosję, co wywarło na Panu szczególne wrażenie?
 
Paradoksy. Nie znam Rosji, byłem tylko w Moskwie, dość krótko, nie chciałbym więc niczego uogólniać. Mieszkałem w podmoskiewskim ośrodku dla prominentów, obiekt był chroniony, bramy strzegł uzbrojony w wielki karabin żołnierz. Całość przylegała do lasu – ale od strony lasu nie było żadnego ogrodzenia!… Nikt też nie korzystał z urządzeń i sal sportowych, absolutnie luksusowych, za to letnicy chętnie siedzieli w krzakach, gdzie stała beczka-wędzarnia, wokół której biesiadowano do granic wytrzymałości. Zdziwienie budził też obyczaj, by cudzoziemcy płacili w muzeach kilka razy więcej niż Rosjanie. Inne zaskoczenie to luksusowe apartamenty w centrum Moskwy, zajęte przez ekscelencje z Gazpromu, których dzieci wożono do przedszkola – znajdującego się po drugiej stronie ulicy – limuzyną. Oczywiście kuloodporną, z obawy, głośno wyrażanej, przed zamachem czy porwaniem. Głęboko w pamięć zapadła mi rozmowa z jednym z tych pomazańców, który – po kilku wspólnie spełnionych głębszych – zapytał mnie nagle, jak powiedzieć po polsku „Ja potieriał sens żizni…”?
Sama Rosja bardzo mnie ciekawi, turystycznie, krajobrazowo, przede wszystkim zaś ludzko. Wiem, jak jest zróżnicowana i złożona, żeby ją jednak poznać, trzeba by życia matuzalema! Cieszę się jednak i z tego, co było mi dane – że zdążyłem stanąć u grobu Czechowa, Gogola, Bułhakowa, Szukszyna i Wysockiego. To jest Rosja, którą kocham.
 
– Czy warto budować mosty pomiędzy Polską a Rosją?
 
One istnieją, trzeba je tylko wzmacniać. I nie na szczeblach oficjalnych, jak to było w czasach „przyjaźni”, gdy Breżniew całował z języczkiem Honeckera. Myślę, że należy zabiegać o kontakty między ludźmi różnych środowisk. To, czego dokonała pani Tamara Pietkiewicz, jest tego dobrym przykładem. Truizmem jest mówić, że kultura to najbardziej skuteczny sposób poznawania się – bo czymże jest literatura, jeśli nie obcowaniem dwóch osób, autora i czytelnika? Mamy wspólną, trudną i powikłaną historię, co poniekąd między wielowiekowymi sąsiadami naturalne, jednak te przeszkody dadzą się przy dobrej woli usunąć. Rosja ma w Polsce wielu, bardzo wielu przyjaciół, od Jerzego Pomianowskiego zaczynając… Rosjanie to wielki naród, szkoda, że tak często postrzegany za pośrednictwem krzywego zwierciadła polityki. Jestem pewny, że gdyby nie szkodnictwo „łobuzów od historii”, realizujących patologiczne wizje, bardzo szybko byśmy się z sobą zaprzyjaźnili. Tak przecież już było, wystarczy przywołać czasy Rzeczypospolitej, gdy Rusini, Litwini, Polacy i mniejsze grupy narodowościowe żyły obok siebie we względnej zgodzie. Wszyscy byli po prostu „tutejsi”. Nie była to sielanka, jednak prawdziwe zło rozpoczęło się, gdy ludzi z krwi i kości przemieniono w „obywateli”. Gdy wszczepiono im jad nacjonalizmów. Sianie nienawiści jest łatwiejsze niźli czynienie dobra, tak to już bywa, tak było też w XIX wieku, a co dopiero dziś, przy tak niewiarygodnych środkach manipulacji – gdy telewizor w każdym domu, a gazeta na rogu każdej ulicy. Nie pozwólmy, aby nami manipulowano, a mosty „urosną” same. 
 
– Jak powstał pomysł wydania wspomnień znanej rosyjskiej aktorki, więźniarki Gułagu Tamary Pietkiewicz „Życie – trzewiczek nie do pary”?
 
To nie mój pomysł. Dwa lata temu nie miałem pojęcia o istnieniu „Jak bucik bez pary…” (polski tytuł), dowiedziałem się o książce dzięki panu ministrowi Januszowi Krupskiemu, który ma w swoim życiorysie także piękną kartę wydawcy. Bez jego inicjatywy nic by się nie zdarzyło, również bez finansowej pomocy kierowanego przez pana ministra urzędu. Prace translatorskie trwały długo, wielkie zasługi położyła tu tłumacz, pani Anna Mańko, potem nastąpił czas wielokrotnych adiustacji i korekty, których nigdy dość – bo zawsze ma się pewność, że coś umknęło, że można lepiej. Potem nadchodzi moment odbioru z drukarni, pomieszanie satysfakcji z obawami, gdy otwieramy egzemplarz na przypadkowej stronie i od razu trafiamy na literówkę!… Wydawca, jak nikt inny, potrzebuje czytelniczego miłosierdzia (śmiech). Arabowie, gdy tkają dywan, zostawiają jedną nitkę „fałszywą”, aby nie być posądzonym o pychę – bo tylko Allach jest wielki!…
 
– Pod koniec marca Pani Tamara Pietkiewicz obchodzi jubileusz, jej książka będzie wspaniałym prezentem zarówno dla niej, jak i polskich czytelników.
 
Jestem przekonany, że tak właśnie się stanie. To opowieść, która wyrasta ponad literaturę wspomnieniową, rodzaj rosyjskiej „Spowiedzi dziecięcia wieku”, okrutnego wieku XX-go. Tamara Pietkiewicz spowiada się czytelnikom stylem zarówno prostym, jak i eleganckim, kobiecym w najlepszym znaczeniu tego słowa. Ten styl stanowi zwycięstwo nad barbarzyństwem tak zwanego komunizmu, nad jego duchowym prostactwem. To wielka rosyjska – i nie tylko rosyjska – epopeja.
Są w książce sceny wstrząsające. Są osoby, ich los w sowieckim systemie, na syberyjskiej ziemi, które wryją się w pamięć czytających…Można górnolotnie mówić, że dzięki zapisowi Tamary Pietkiewicz, jej bohaterowie – Aleksander Gawroński, Czeszka Hełła Fiszer, Tamara Cułukidze, Wanda Razumowska, Chińczyk Ciu Dzińszań i tylu, tylu innych – że oni zwyciężyli. Że przetrwa Mikołaj Daniłowicz. Że ocalał ojciec Tamary, wierzący w komunizm Polak. Że wygrali nawet ci, którzy popełnili samobójstwo. Można tak mówić, ale dla mnie jest to rozumowanie próbujące znaleźć coś na kształt moralnej satysfakcji, bardzo skromnej, jeśli nie mizernej.
Ta książka to gorzki, bardzo gorzki dokument. A jeśli „zwycięstwo”, to oby już nigdy nie trzeba było odnosić takich „zwycięstw”.
Józef Czapski nazwał Rosję nieludzką ziemią. Uczynili ją taką polityczni zbrodniarze, ci najwięksi i mali, nieznani z nazwiska. Im wszystkim, mniejszym i malutkim Stalinom, nigdy nie powinniśmy tego zapomnieć. Nie ma też wśród nas nikogo, kto mógłby im wybaczyć. Nie ma, bo męczennicy ludzkiego piekła odeszli w niebyt. Dobrze, gdy komuś dane jest wierzyć, że wrócili do Boga.
 
– Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Stanisław Karpionok
Lublin – Sankt Petersburg 2010

Foto: © Alina Bracławska