Zbigniew Dmitroca: „Poezja jest zaborczą kochanką i surowo karze za niewierność"

Poeta, bajkopisarz, tłumacz, satyryk i dramaturg. Urodzony w 1962 r. w Niewirkowie na Zamojszczyźnie. Debiutował w miesięczniku ”Odra” wrześniu 1980 r. Publikował w almanachach środowiskowych Gdzie jabłonie słodkopienne, Lublin 1980, Modlitwa urojeń szczęśliwych, Zamość 1982, Pojmowanie słońcem, Zamość 1983. Ponownie zaczął drukować pod koniec lat 80. w ”Wybrzeżu”, ”Autografie”, ”Literaturze na Świecie”. Tłumaczył do wydań dwujęzycznych Annę Achmatową (Moskwa – Warszawa 1989) i Mikołaja Gumilowa (Moskwa – Warszawa 1990).
Autor tekstów piosenek: teatralnych, kabaretowych i popularnych oraz sztuk dla dzieci: Jak piraci zostali aktorami, Wielka afera w koszu z zabawkami, Klatka na krasnoludki. Piosenki dla dzieci ukazały się m.in. na płycie Nibylandia.
W latach 1991–1999 współtworzył w Radiu Lublin poetycką audycję dla dzieci Jasiek. Jego przekłady były wielokrotnie prezentowane w Programie II Polskiego Radia w cyklach "Sztuka przekładu" i "Czwartki literackie”.
Współpracuje m.in. z Kwartalnikiem Literackim ”Kresy”, Magazynem Idei "Europa", ”Odrą”, ”Zeszytami Literackimi”. Drukował m.in. w ”Czasie Kultury”, ”Literaturze”, ”Literaturze na Świecie”, ”Przekroju” i ”Więzi”.
Twórca, autor i aktor utworzonej w 2003 roku Jednoosobowej Trupy Walizkowej ”Teatrzyk jak się patrzy”. Tłumacz wierszy Achmatowej, Błoka, Brodskiego, Chodasiewicza, Cwietajewej, Gumilowa, Jesienina, Kuzmina, Mandelsztama, Venclovy, Wysockiego. Za tom ''Zakaz przekraczania granicy'' został laureatem 15. Konkursu Poetyckiego im. Anny Kamieńskiej. W 2008 roku ukazał się zbiór wierszy Achmatowej w jego wspaniałych przekładach, zatytułowany "Milczenie było moim domem”.
 
– Co dla Pana znaczy być poetą?
 
To pytanie, jakich w Polsce się już nie zadaje. Można na nie odpowiedzieć wymijająco, można popaść w grafomański patos. Postaram się jednak wypośrodkować. Z perspektywy trzydziestu lat od debiutu prasowego mogę chyba powiedzieć, że w moim przypadku to los, a z losem się nie dyskutuje. Zrobiłem wiele, żeby sobie jako poecie zaszkodzić, ale nic to nie dało. Poezja jest zaborczą kochanką i surowo karze za niewierność. Mnie skazała na życie z... wierszy. Najlepiej jednak na to pytanie odpowie napisany niedawno wiersz pt.: Rozrachunek.
 
Nie pisałem w natchnieniu na mankietach
na serwetkach ani na murach
 
Żółcią dziegciem lukrem wazeliną
plwocinami ni rzygowinami
 
Nie pisałem krwią własną ni cudzą
 
Nie pisałem wierszy które brużdżą
jątrzą – mizdrzą się dla poklasku
 
Piszę palcem na wodzie
patykiem na lotnym piasku
 
Czy natchnienie ma stałe pory odwiedzin?
 
Kiedy jest się pisarzem zawodowym, a ja takim jestem, trzeba pracować codziennie. A że jestem nocnym markiem, piszę zwykle wieczorami i nocą, niekiedy do białego rana. Oczywiście, pozwolę tu sobie sparafrazować słowa Biblii, Duch wieje kiedy chce. Raz się pracuje lepiej, raz gorzej. Niemniej codzienna praca daje wymierne efekty. Raz jest to przekład, innym razem wiersz dla dzieci czy, z rzadka, wiersz liryczny. Nie jestem jednak stachanowcem, nie piszę na wyścigi, bo literatura to nie bieg na sto metrów, tylko maraton, trzeba mądrze rozkładać siły, żeby mieć kondycję jak najdłużej. 
 
Wielu ludzi pióra twierdzi, że czas weny jest dla nich przekleństwem, jak jest w Pana przypadku?
 
Jak już wcześniej powiedziałem, duch wieje kiedy chce. Wiele razy doświadczyłem takich sytuacji, że podczas robienia przekładów, pojawiały się niespodziewanie wiersze dla dzieci albo wiersze liryczne, tak było np. ubiegłej jesieni. Oczywiście pomysł pomysłowi nierówny, zwykle już na podstawie pierwszego wersu potrafię ocenić, czy wart jest zachodu. Kiedy pomysł jest małowartościowy, nie zmusza nas do zapisania, kiedy jest naprawdę ważny, nie pozwala się zbyć i wymusza odłożenie innych zajęć. Mimo wszystko nie jest to dla mnie przekleństwo, raczej jedna z tajemnic poezji. Przekleństwem jest przedłużający się okres posuchy pisarskiej, zniechęcenia, kiedy wszystko, co przychodzi do głowy wydaje się banalne i niegodne zanotowania. Na szczęście przed kompletną posuchą chroni mnie płodozmian literacki.   
 
Czy łatwiej jest pisać dla dzieci czy dla dorosłego miłośnika poezji?
 
Jednakowo poważnie traktuję pisanie limeryków, wierszy dla dzieci czy tekstów piosenek, nawet gdy są to piosenki, których nie jestem słuchaczem. Przede wszystkim więc staram się być rzetelny. W przypadku wierszy dla dzieci miałem to szczęście, że mogłem je „testować” na spotkaniach z dziecięcą publiką jeszcze zanim wydałem pierwszą książeczkę. Rzadko słuchałem uwag dorosłych, obserwowałem natomiast reakcje dzieci. To pozwoliło mi zorientować się, jaki sposób pisania odpowiada dzieciom najbardziej. Nie znaczy to jednak, że staram się schlebiać swojej publiczności. Wychodzę z założenia, że w wierszach dla dzieci nie należy unikać trudnych słów, bo kiedyś te trudne słowa trzeba poznać, lepiej wcześniej niż później. W przypadku liryki kieruję się wyłącznie własnym gustem. Piszę wiersze takie, jakie sam chciałbym czytać, dotykające spraw ważkich, nierzadko ostatecznych. A sam staram się nie czytać rzeczy poślednich, bo psują gust.
 
Czy dzieci lubią poezję?
 
Napisałem dla dzieci tak wiele, że na pewno każde z nich znajdzie coś dla siebie. Wyznaję zasadę: baw i ucz, dlatego większość mojej twórczości dla najmłodszych ma charakter żartobliwy. Moje spotkania autorskie często są interakcyjne, dzieci w nich czynnie uczestniczą. Zazwyczaj nie przeraża ich nawet zabawa w dyktando na podstawie jednego z moich karkołomnych limeryków. Wielokrotnie mi mówiono, że mam dobry kontakt z dziećmi, może dlatego w zasadzie wszystkie spotkania są udane.
 
Wydawcy niechętnie sięgają po poezję, czy nie jest tak, że poezja chyli się ku upadkowi?
 
Przeczytałem kiedyś, że odkąd ludzkość zaczęła czytać, czyta mniej więcej ten sam procent populacji, a zawsze był to procent niewielki, z czego pewnie promil stanowią czytelnicy poezji. To mnie jednak zupełnie nie przeraża. Przecież Francuzi nigdy nie zaczytywali się Baudelaire’m, a Brytyjczycy Eliotem. Tylko w Związku Radzieckim poeci w pewnym okresie potrafili zapełnić publicznością całe stadiony, ale, trzeba to wyraźnie zaznaczyć, nie byli to autorzy formatu Baudelaire’a czy Eliota. Zły pieniądz zawsze wypiera dobry, dlatego Brodski nigdy nie wygra rywalizacji z Jewtuszenką czy Wozniesienskim. Ponadto w czasach komunistycznej dyktatury literatura, książka była namiastką lepszej, niedostępnej rzeczywistości, ucieczką na wyspy szczęśliwe. Oczywiście mówię to w wielkim skrócie. Generalnie, o czym doskonale wiedzieli już starożytni Rzymianie, ludzie potrzebują chleba i igrzysk. Współczesne igrzyska fundują nam stacje telewizyjne, a najtańszy chleb zapewniają sieci hipermarketów. Ludzie dali sobie wmówić, że są tyle warci, ile zdołają skonsumować, więc jedni żrą na potęgę, a inni mrą z głodu. Na szczęście istnieją światy alternatywne, w których jest miejsce na inne wartości, w tym i na poezję. Koniec sztuki oznacza koniec cywilizacji.
 
Znam wielu fantastycznych poetów, co zrobić, żeby jednak pomóc im zaistnieć? Czy mają oni w ogóle jakąś szansę na swoje pięć minut?
 
Rosjanie najlepiej wiedzą, jak zaistnieć, przecież rosyjscy futuryści i imażyniści byli prekursorami i mistrzami autoreklamy. Naturalnie, to był inny czas, epoka przedradiowa i przedtelewizyjna, a od paru ładnych lat żyjemy już w erze internetowej. Generalnie nie ma recepty na zaistnienie. Ważną rzeczą jest wiara, bo jak wiadomo, ona góry przenosi. Nie polecałbym jednak stawiania wszystkiego na jedną kartę, bo, jak pisał w jednym z wierszy Zbigniew Herbert, ci którzy przegrali – tańczą z dzwonkami u nóg w kajdanach śmiesznych strojów... a takich szczęściarzy jak Brodski jest niewielu. Na ciepłe posadki na amerykańskich uniwerkach nie ma co teraz liczyć. Są jednak uniwersytety miejscowe, które potrzebują pracowników naukowych. Natomiast ci, którzy nie widzą siebie w roli nauczycieli akademickich, niech uczą się śpiewu i gry na gitarze, niechby i na fujarce. Wiersz z akompaniamentem zawsze znajdzie więcej odbiorców niż wiersz deklamowany czy opublikowany w piśmie czy w Internecie. O Internecie wspomniałem nie bez kozery, bo do tego medium dostać się najłatwiej. To wielkie śmietnisko, w którym ukryte są perły i brylanty, ale, jak wiadomo, klejnoty potrzebują odpowiedniej oprawy, a na pewno nie są nią internetowe śmieci. Na szczęście istnieją jeszcze pisma tradycyjne, trzeba starać się w nich zaistnieć, bo ich czytelnicy, to także potencjalni nasi czytelnicy. Generalnie każdy sposób dotarcia do czytelnika jest dobry, choćby nawet miał to być współczesny samizdat.
 
A jak to jest z życiowym doświadczeniem, czy pomaga w twórczości czy przeszkadza?
 
Bez szkoły życia nie było by tego, co piszę. Zdecydowana większość moich wierszy jest bardzo realistyczna, choć ten realizm często jest sprytnie zamaskowany. Z kolei powieść, nad którą właśnie pracuję, jest mocno osadzona w realiach wschodniopolskiej prowincji, na której już przeszło dziewięć lat mieszkam. Żywe życie zawsze przerasta najbogatszą wyobraźnię. Myślę, że prawdziwe pisarstwo wyrasta z głębokiego przeżywania życia, swojego i innych. Pisarz nie może bać się życia ani odwracać się do niego plecami, bo życie to tworzywo literatury, zarówno tej realistycznej, jak i tej, która na pozór jest zupełnie oderwana od ziemskiej rzeczywistości.
 
Jaki temat najchętniej Pan porusza w swych wierszach?
 
Jak już wspominałem, piszę wiersze w różnych gatunkach, dlatego trudno mi powiedzieć, jaka tematyka jest mi najbliższa. Na pewno nie piszę erotyków i wierszy miłosnych, nie znaczy to jednak, że ten temat w mojej twórczości nie istnieje. Napisałem kilka tekstów piosenek, których tematem jest miłość. W liryce ostatnimi czasy zajmują mnie sprawy ostateczne. 
 
Kiedy po raz pierwszy sięgnął Pan po literaturę rosyjską? Co Pana w niej przyciąga?
 
Z literaturą rosyjską zetknąłem się w szkole podstawowej. Potem była chwila przerwy, fascynacja poezją francuską, a potem już samodzielne poszukiwania, co nie było łatwe, bo autorzy, którzy mnie interesowali, nie byli ulubieńcami radzieckiej władzy, mam tu na myśli Achmatową, Mandelsztama czy Cwietajewą. Moje pierwsze próby translatorskie, rzecz jasna bardzo nieudolne, to wiersze Puszkina. Na szczęście nic się z tego nie zachowało. Potem był Błok i Jesienin, po drodze Szewczenko, którego czytałem w przekładzie na rosyjski, a z rosyjskiego tłumaczyłem na polski... Pod koniec liceum była fascynacja Jesieninem, która zaowocowała wieloma przekładami, które też jeszcze nie nadawały się do druku. Na początku studiów była z kolei fascynacja Wysockim, którego też namiętnie tłumaczyłem. Zrobiłem przekłady około 40 jego ballad, które mi zaginęły, więc teraz trudno stwierdzić, czy były dobre, czy fatalne. Myślę jednak, że od tłumaczenia Wysockiego zacząłem się jako profesjonalny tłumacz poezji. Mniej więcej w tamtym czasie powstały pierwsze dojrzałe przekłady Achmatowej, którą tłumaczyłem jeszcze pod koniec liceum. Od Achmatowej był tylko krok do Gumilowa, który zaczął być wydawany w okresie pieriestrojki. Z czasem doszli inni akmeiści i poeci do tego kręgu zbliżeni. I z grubsza rzecz biorąc trwa tak po dziś dzień. Jeśli zaś miałbym powiedzieć jednym słowem, co mnie szczególnie przyciąga w literaturze rosyjskiej, rzekłbym, że sam żywioł języka, którego struktura daje niesamowite możliwości formalne, o jakich mogą tylko pomarzyć poeci polscy.  
 
Z jakimi problemami spotyka się Pan w działalności translatorskiej?
 
Każdy przekład to dla tłumacza wielka niewiadoma, pojedynek, dlatego niechętnie przystaję na robienie przekładów na zamówienie. Gdy wybieram sam, momentalnie staram się ocenić, czy z danym tekstem dam sobie radę. Oczywiście, po tylu latach tłumaczenia wierszy najwybitniejszych rosyjskich poetów XX wieku teoretycznie powinienem poradzić sobie niemal z każdym wierszem, w praktyce jest jednak inaczej. Niekiedy barierą nie do pokonania jest prostota i temperatura wiersza, która ulatuje w przekładzie. Kiedy indziej jest to gęstość frazy, nie dającej się wbić w polskie metrum. Osobną sprawą jest idiomatyka. Wprawdzie większość idiomów rosyjskich ma jakieś odpowiedniki w języku polskim, ale czasem kontekst sprawia, że nie sposób ten odpowiednik zastosować i zaczynają się schody do nieba. Dużą trudność sprawiają też terminy religijne. A czasem największym problemem jest po prostu rym, który musi mieć „tylko” odpowiednią ilość sylab. Paradoksalnie, niejednokrotni to, co na początku wydawało się nie do ugryzienia, poddaje się przekładowi najłatwiej.
 
Czy Polacy wciąż lubią poezję rosyjską?
 
Odpowiem wykrętnie. Robię wszystko, żeby ci Polacy, którzy w ogóle lubią poezję, lubili też poezję rosyjską. Twórczość wielu rosyjskich poetów wielokrotnie prezentowałem w programie II Polskiego Radia. Tylko w ubiegłym roku opublikowałem w różnych pismach i gazetach przekłady kilkudziesięciu wierszy poetów rosyjskich. W tym roku ukaże się w moim wyborze i przekładzie pierwszy w Polsce tom wierszy Michaiła Kuzmina. Aktualnie pracuję nad nie tłumaczonymi dotychczas na polski wierszami Josifa Brodskiego. A w zapasie mam około dwustu przekładów z kilkunastu poetów. Moje przekłady odnajduję często na różnych stronach internetowych, a przekład opublikowanego w prasie wiersza Władimira Britaniszskiego został wykorzystany nawet w spektaklu poznańskiego Teatru... tańca, o czym dowiedziałem się dopiero z Internetu. A to znaczy, że te wiersze żyją.
 
Gdyby nie twórczość poetycka to co?
 
Niestety, oprócz talentu poetyckiego, w ogóle literackiego, mam też talent plastyczny, ukończyłem nawet liceum plastyczne i długo zamierzałem zostać piszącym malarzem albo malującym poetą. Po drodze były też przymiarki teatralne i poważnie rozważany pomysł zdawania do szkoły teatralnej. Związki z plastyką mam nadal bardzo bliskie, ponieważ od kilkunastu lat jestem mężem utalentowanej malarki i ilustratorki. Związki z teatrem po wielu latach rozbratu także się zacieśniły, jako że od przeszło sześciu lat jestem właścicielem oraz jedynym autorem i aktorem Jednoosobowej trupy walizkowej „Teatrzyk jak się patrzy”. A od biedy mógłbym być prezenterem radiowym lub dziennikarzem prasowym, w ostateczności – stróżem nocnym. Zresztą tego wszystkiego kiedyś po trosze zakosztowałem i – wygrała literatura.
 
– Czego można życzyć poecie w XXI wieku?
 
Czytelników. Bez nich wiersz jest tylko martwym szlaczkiem na kartce książki lub portalu internetowego.
 
– Serdecznie dziękuję i życzę realizacji planów.
 
Rozmawiała Marika Kraśniewska