Wywiad z Januszem Wiśniewskim - specjalnie dla Gazety Petersburskiej

 

Jest autorem pierwszego na świecie programu AutoNom do komputerowej konwersji struktur chemicznych w nomenklaturę chemiczną. Jest stałym felietonistą miesięcznika „Pani”. Został uhonorowany w Alei Gwiazd w Toruniu, gdzie na Rynku Staromiejskim odsłonił czwartą z serii „Katarzynek". Dumny ojciec Adrianny i Joanny. Obecnie mieszka we Frankfurcie nad Menem.

– Wiele dzieci marzy w dzieciństwie, żeby zostać marynarzem. Panu się to udało. A czy myślał Pan w dzieciństwie o tym, że zostanie pisarzem? Czy napisze Pan kiedyś „opowiadania morskie”?

Marzyłem. To fakt. Zawsze byłem ciekawy świata. Ten wokół mnie mi nie wystarczał. Wcale mi się nie „udało”. Taki był plan i ja go tylko zrealizowałem. Pisarzem nie chciałem zostać ani w dzieciństwie, ani przez wiele lat po dzieciństwie. Zawsze chciałem być naukowcem. I zostałem. Pisanie się mi tylko „zdarzyło”. Ja nie jestem pisarzem. Ja jestem „autorem po godzinach”. Jedno opowiadanie morskie jest w „Zespołach napięć” („ros. Ljubovnica”). Bardzo autobiograficzne. Pewnie wrócę do tego tematu. Ale nie w jakiejś całek książce. Za krótko byłem marynarzem…

– Gdybyśmy pokusili się o porównanie postępu informatycznego do postępu w rozwoju motoryzacji, to rzeczywistość informatyczna opisana w Samotności w sieci odpowiadałaby czasom, kiedy samochód prywatny był luksusem. Dzisiaj jest to tak samo odległe jak brak w domu Internetu. Chociaż minęło zaledwie 10 lat, to żyjemy już jednak w innej rzeczywistości. Jak, Pana zdaniem, będzie wyglądało nasze życie po upływie kolejnej dekady zdominowanej przez sieć?

Ma Pan rację. To co ja opisywałem w Samotności w Sieci to historia informatyki. Akcja tej książki dzieje się w 1996 roku. To koniec minionego, dwudziestego wieku! A informatycznie rzecz ujmując to czasy informatycznego Dostojewskiego. Wtedy komunikator ICQ mieścił się jako program na jednej dyskietce 3,5 cala. Kto dzisiaj używa dyskietek??? Ale wtedy takie były czasy. 
Nasze życie się nie zmieni radykalnie. Ponieważ, to nie będzie jak podział przed wynalezieniem koła i po wynalezieniu koła. Ten rozwój globalnej komunikacji nie jest kwantowy. Jest linearny. Czyli będziemy bez zdziwienia przyjmować wszystko co się będzie pojawiać. Sieć nie zmieni się radykalnie. Może tylko zamiast szukać informacji w Sieci, my będziemy znajdowani przez tę informację. Zdominuje nas „push information” zamiast „get information”. Poza tym znikną kable, modemy, etc. Wszystko będzie bezprzewodowe, GSM-owe. I dobrze. Nie znoszę kabli, przewodów, modemów, przetworników i chcę mieć Internet wszędzie. Także na środku jeziora Bajkał…

– Porozmawiajmy jeszcze o samotności. W wywiadach mówił Pan, że jest ona destrukcyjna, a ja śmiem twierdzić, że właśnie dzięki tej samotności w czasie długich morskich podróży i obecnej samotności w obcym kraju, ma Pan czas na przemyślenia, twórczość naukową i literacką. Czy nie uważa Pan, że dobra samotność jest lepsza niż złe towarzystwo, cokolwiek słowo „złe” miałoby znaczyć?

Czytał Pan nie wszystkie moje wywiady. Ja samotność szanuję. Momentami jej szukam. Nic ważnego w nauce, w sztuce, literaturze nie powstałoby bez luksusu samotności. Wszystkie najważniejsze dzieła powstają w samotności. Bo obecność innych jedynie rozprasza i przeszkadza. Samotność to co innego niż „opuszczenie”. Samotność jako choroba duszy pojawia się wtedy, gdy nie chcemy być sami i nie możemy znaleźć nikogo, kto chce z nami być. To miałem na myśli mówiąc, że samotność jest destrukcyjna. 

– Jedna moja znajoma zwątpiła, czy bohaterka „Samotności”, zdolna do takich miłosnych uniesień, mogłaby z zimną krwią powrócić do poniżającego ją męża? Tylko przez tę jedną scenę, w akcie protestu, wyrzuciła Pana książkę do kosza…… Czy często spotykał się Pan z taką reakcją na swoją twórczość? 


Mogła zwątpić, ale tak jest prawda. Znam osobiście bohaterkę Samotność w Sieci. Byliśmy nawet razem w kinie na premierze filmu. Kobiety różnie traktują tzw. poniżenie. Do kosza? To komplement. Znam takich, którzy ją spalili w piecu lub rozerwaną na kawałki spuścili z wodą w toalecie. I to było dla mnie komplementem. Wywołałem emocje. Czy złe czy dobre, ale emocje. Najgorsze co może wydarzyć się książce to zapomnienie po ostatniej stronie…

– Czy Pan nadal dostaje e-maile od ludzi, którzy opowiadają swoje historie? Czy daje im Pan jakieś recepty na życie?


Nadal dostaję. Teraz więcej niż przedtem. Teraz piszą do mnie Czytelnicy z Rosji. To ogromny kraj. Nigdy nie daję żadnych „recept”. Ja ich nie znam. Jestem zwykłym informatykiem i chemikiem, który pisze książki o miłości. Nie jestem psychoterapeutą. I nie chcę nim być. 

- Czy niektórzy nadal mają Pana za człowieka niepoważnego dlatego, że pisze Pan książki?

Nie wiem. Nie dopytuję się. Nie opowiadam też światu, że piszę książki. To moja sprawa. Dla siebie jestem ciągle naukowcem. Nawet moje córki uważają, że „pisanie taty to jakaś chimera”. I tak pewnie pozostanie do końca mojego życia. Ożeniłem się z nauką i mam jedynie romans z literaturą. Jak każdy mężczyzna wierzę, że moja żona o tym romansie nie ma jeszcze zielonego pojęcia.

– Jest Pan obrońcą kobiet, nawet feministą. Twierdzi Pan, że mężczyźni są gorszą częścią ludzkości. Czy nie jest to zbyt surowa ocena? Czy mężczyźni mają prawo do istnienia?

Ja feministą!? Myli się Pan. Ja nie jestem feministą! Feminiści twierdzą, że mężczyźni i kobiety są równi. Ja twierdzę, że kobiety są lepsze. Dlatego nie jestem żadnym feministą. Mężczyźni mają prawo do istnienia. Podobnie jak jednokomórkowe pantofelki. Oczywiście. Ale są w zaniku. Sama natura zauważyła, że mężczyźni nie są tak naprawdę potrzebni. Piszę o tym w szczegółach w mojej książce pt. „Czy mężczyźni są światu potrzebni?” (ukazała się także po rosyjsku). 

– Stare rosyjskie przysłowie mówi, że to, co dobre dla Rosjanina, to dla Niemca – śmierć. A jak się Panu mieszka w Niemczech? Czy ma Pan kontakty z miejscowymi Polakami? Jak często bywa Pan w kraju? Jaki jest stosunek do Polaków w Niemczech?

To przysłowie nie jest aktualne, jest przestarzałe i niesprawiedliwie krzywdzące Niemców. To najpierw. Mieszkam w Niemczech od dwudziestu dwóch lat, więc mogę coś o tym narodzie i o tym kraju powiedzieć. To co wynika z tego przysłowia to idiotyczny, nieprawdziwy stereotyp. Taki sam jak ja twierdzenie, że „Polacy kradną samochody”, a Rosjanie to „zamroczeni alkoholicy”. Mam kontakty z Polakami. Czasami nawet nie wiem, że są Polakami (jeśli nie rozpoznam po akcencie). Nie interesuje mnie zupełnie skąd są ludzie, z którymi mam kontakty. Często dowiaduję się o kraju ich pochodzenia po długim czasie. Dla mnie nie gra roli jaki paszport ktoś ma w szufladzie, albo z jakiego kraju pochodzi. Interesuje mnie jedynie jakim jest człowiekiem. W Polsce bywam często. Nieraz kilka razy na miesiąc. Po wydaniu moich książek jest to naturalne. Stosunek do Polaków w Niemczech jest obciążony stereotypami. Tutaj także są nieprawdziwe przysłowia. Ale te stereotypy dotyczą rzadko pojedynczych osób. Czuję się tutaj dobrze. Jako Polak mieszkający w Niemczech.

– Jest Pan częstym gościem w Sankt Petersburgu. Kiedy Pan przyjechał tu po raz pierwszy? Jakie wrażenia wywarło na Panu nasze miasto?

Częstym?! Żartuje Pan. Jestem bardzo rzadkim gościem. Byłem w swoim życiu tam tylko trzy razy, a żyję już bardzo długo. Częściej byłem w Australii niż w St. Petersburgu. Uważam, że to niesprawiedliwe (śmiech). Przyjechałem do Petersburga pierwszy raz w 2007. I ciągle chce mi się tam przyjeżdżać. Ciągle mam mało czasu na to, aby „pobyć w tym mieście”. Głównie promuję moje książki i widzę Petersburg przez okna samochodu w „probkach”. Ale przyjadę kiedyś na dłużej. Nic nie powiem wydawnictwom, że tam jestem, aby dali mi spokój (śmiech). Wrażenia? Przepiękny Newski, kanały, sobory, małe uliczki. I przepiękne kobiety...

– W lutym w Petersburgu po raz pierwszy na świecie dokonano inscenizacji „Samotności w sieci". Jak Pan ocenia tę sztukę?

Moja ocena nie jest obiektywna. Chyba najbardziej subiektywna ze wszystkich. Przyjechałem na premierę, usiadłem jak normalny widz w 5-tym rzędzie i oglądałem. I poczułem wzruszenie, i dobrze, że było ciemno na widowni, bo mężczyźni nie płaczą przecież…. Adaptacja znakomita. Reżyser Henryk Baranowski wybrał odpowiednie fragmenty i przepięknie splótł je w całość. Sztuka jest o wiele lepsza niż film. Byłem poruszony. W kwietniu (25/4) przylatuję do St. Petersburga. I wystąpię jako aktor (epizodyczna rola) w spektaklu. To będzie zupełnie inne doświadczenie…

– Razem z Małgorzatą Domagalik wydał Pan książkę „188 dni i nocy" o przyjaźni, miłości, samotności. Czy zamierza Pan wydać ją w Rosji? Sądzę, że zainteresuje ona rosyjskich czytelników.


Czy zamierzam. Nie. To już się ziściło. Szacowne wydawnictwo AZBOOKA z St. Petersburga wydaje tę książkę. Wyjdzie w najbliższym czasie. Podobnie jak druga część naszych rozmów z Domagalik („Między wierszami”). Obie w tym roku. Ale najpierw ukaże się (kwiecień 2009, AZBOOKA) moja naukowa bajka dla dzieci pt. „Marcelinka. W poszukiwaniu Najważniejszego”. Mało kto wie, że napisałem bajkę. Napisałem. Czytałem mało bajek moim córkom. Postanowiłem więc napisać bajkę dla nich. Dla ich dzieci…

– O czym będzie następna książka? Mówił Pan, że pisze powieść o siedmiu grzechach głównych. Czy napisze Pan kolejne książki dla dzieci?

Grzech będzie trwał wiecznie. Nie muszę się więc śpieszyć. Odłożyłem ten projekt na później. Właśnie ukończyłem moją nową powieść pt. „Bikini”. Ukaże się w Polsce w maju 2009, a w Rosji niezwykle szybko, bo już we wrześniu 2009, na Targach Książki w Moskwie. (wydawnictwo ACT). Bajka to trudna forma. Póki co, nie mam takich planów. „Marcelinka” powinna na jakiś czas wystarczyć…

– Dziękuję za rozmowę, serdecznie zapraszamy do Petersburga.

Rozmawiał Stanisław Karpionok

Dziekujemy Grażynie Sadowskiej za pomoc w przygotowaniu wywiadu