«Sztuka pisania jest sztuką skreślania» — wywiad z Marcinem Wrońskim

 - Jak to się stało, że zacząłeś pisać?
To było strasznie dawno, jeszcze w szkole podstawowej, więc dokładnie nie pamiętam. Chyba od zawsze coś sobie skrobałem w zeszytach. Przełom nastąpił, kiedy miałem bodajże 15 lat i zająłem bodajże II miejsce na konkursie literackim dla młodzieży. Ojczym przyniósł mi wówczas z pracy maszynę do pisania. Była zdezelowana, pewnie wszystkie maszynistki u niego w drukarni łamały sobie na niej paznokcie, ale dla mnie tak maszyna to był ważny znak. Prawdziwa maszyna to prawdziwy pisarz, prawda?
– Czy na tej samej maszynie pisałeś też utwory dla dzieci? I dla kogo jest trudniej pisać – dla dzieci czy dla dorosłych?
Nie, tamta maszyna nie wytrzymała już długo, no i kto by się dziś, w epoce komputerów, męczył z takim żelastwem. A trudniej zdecydowanie dla dzieci, bo to trochę tak, jakby nauczyć się myśleć w obcym języku. Nie chodzi tylko o to, aby pisać tak samo jak dla dorosłych, tyle że prościej. Dzieci inaczej widzą świat, co innego je interesuje i śmieszy, a poza tym dla tekściarza dziecięcego takie pojęcie jak „dziecko” jest nieprzydatne, bo za szerokie. Trzylatek, pięciolatek czy dziesięciolatek to są zupełnie inne grupy czytelników, więc język i treść należy precyzyjnie dopasować do grupy wiekowej.
- Jakie teksty pisałeś dla dzieci?
Najbardziej lubiłem adaptować książki popularnonaukowe — od takich prościutkich dla 7-8-latków po poważniejsze dla gimnazjalistów. To było ciekawe ćwiczenie umysłowe. Ale pisałem też różnego rodzaju wierszowane opowiastki dla maluchów. Większości nie wymieniam na swojej stronie internetowej, bo wiele z nich to było wspólne dzieło całego zespołu redakcyjnego, a poza tym nawet nie pamiętam wszystkich tytułów.
- Ale pewnie pamiętasz swoje wczesne utwory w gatunku fantasy. Czy niejako wyrosłeś z tej literatury, czy zamierasz jeszcze coś napisać?
One wcale nie były takie wczesne, te najwcześniejsze przypominały raczej fantastykę naukową. Choć fantastyka rzeczywiście często bywa tym gatunkiem, który zastąpił popularne kiedyś powieści awanturnicze dla młodzieży, nie uważam jej za coś niedojrzałego, z czego się wyrasta. Przecież fantastyka to również Lem czy Tolkien, a więc klasycy literatury światowej. Dwie moje pierwsze książki z fantastyką nie miały nic wspólnego — wyrastały z tradycji literatury awangardowej, dopiero dwie kolejne były czystą fantastyką, teraz historyczne kryminały... W dalszym ciągu chciałbym poruszać się w różnych obszarach, bo różne konwencje lepiej lub gorzej pasują mi do podejmowanych tematów. Traktuję je wyłącznie jako narzędzie, nie cel sam w sobie. Do fantastyki na pewno wrócę, gdy będzie mi potrzebna.
- Poza pisarstwem robiłeś jednak również inne rzeczy, między innymi pracowałeś w szkole, prawda? Jak wspominasz te czasy?
Bardzo źle – nie samo uczenie, ale atmosferę szkoły. Nie wiem, jak to wygląda w Rosji, ale w Polsce od zawsze trwa oświatowa histeria, a pod pozorem reform kolejni ministrowie psują system szkolnictwa coraz bardziej. To się przekłada na pracę i związane z nią absurdy. Dlatego gdy zaraz po studiach okazało się, że przynajmniej w krótkiej perspektywie nie mam szans na znalezienie innej pracy niż nauczyciela, moją pierwszą myślą było uczyć języka polskiego w Kazachstanie. Nawet dobrze pamiętam tamten stan ducha: jeśli mam jechać na zsyłkę, to niech to będzie zsyłka jak należy, niczym w XIX-wiecznej literaturze – daleko, przez stepy, przez śniegi, i to kibitką najlepiej. Sądziłem poza tym, że akurat tam spotkam uczniów, którzy rzeczywiście będą chcieli szlifować swoją polszczyznę i poznawać polską literaturę, a nie tylko dostać kwit uprawniający do przejścia do następnej klasy – jak niemała część młodzieży w liceum, w którym ostatecznie wylądowałem.
– Przypominam sobie, że w którymś z wywiadów mówiłeś o swoim długim dniu pracy. Czy zostaje Ci czas na czytanie książek? Czy czytasz współczesnych autorów?
Niestety czasu zostaje niewiele. Przez większość dnia albo piszę, albo redaguję książki innych pisarzy, a do tego dochodzi jeszcze grzebanie w materiałach źródłowych, czytanie prac historycznych, z których czerpię pomysły i tematy do swoich własnych fikcji literackich. Czyli w sumie ok. 10–12 godzin dziennie spędzam wśród liter. Czytanie dla przyjemności staje się więc rzadkim luksusem. Ale się zdarza! Wielką przyjemność sprawiają mi np. kryminały retro Marka Krajewskiego — znakomitego polskiego autora kryminałów retro, zresztą tłumaczonego również m.in. na rosyjski. 
- A utwory pisarzy rosyjskich?
Na studiach, gdy miałem nieporównywalnie więcej czasu na czytanie, literaturą rosyjską byłem wręcz zafascynowany. Zresztą Polacy na ogół lubią rosyjską literaturę. Takie nazwiska jak Dostojewski albo Czechow są tu wręcz oczywiste, ale jest np. ciekawą sprawą, że w Polsce duże powodzenie mają rosyjscy autorzy fantastyki, zdecydowanie większe niż czescy, niemieccy czy francuscy. Znani są dobrze i ci klasyczni, jak Strugaccy czy Bułyczow, ale też młodsi, jak Władimir Wasiliew czy Wiera Kamsza. Kilka lat temu ogromne wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie Sergieja Siniakina „Mnich na skraju Ziemi”, które – najprościej mówiąc — zasadza się na pomyśle, że Ziemia tak naprawdę jest... płaska, jednak władze radzieckie trzymają to w tajemnicy, a ktokolwiek pozna prawdę, trafia do łagru. Czy to nie wspaniała metafora tego wszystkiego, o czym pisali Szałamow czy Sołżenicyn? Mnie w każdym razie dała wiele do myślenia. Wspaniałe są też historyczne kryminały Borysa Akunina, z których mimo pozorów lekkiej formy bije wielka erudycja.
- Jak piszesz swoje książki? Skąd czerpiesz tematy, natchnienie?
Różnie to bywa z różnymi książkami, ale jeśli chodzi o cykl z komisarzem Maciejewskim, to przede wszystkim szukam takich tematów w historii policji czy historii Lublina, które brzmią publicystycznie, nie są li tylko historycznym skansenem, ale przypominają do złudzenia to, o czym na co dzień czytamy w gazetach. I to działa! Powieści o komisarzu Maciejewskim chętnie czytają m.in. polscy policjanci — właśnie dlatego, że choć akcja tych książek dzieje się przed 80 laty, to pokazuję, jak bardzo wiele ówczesnych problemów policji prawie nie różniło się od dzisiejszych. Zanim usiądę do pisania, mam już plan książki — miejsca, osoby, układ zdarzeń w rozdziałach. A potem wystarczy zamknąć się w domu na jakiś czas, usiąść i napisać.
- Łatwiej być pisarzem czy redaktorem? Redaktor w Tobie nie przeszkadza Ci pisać? 
W żadnym razie, sztuka pisania jest przecież sztuką skreślania. Zanim zacząłem pracować w wydawnictwie, miałem już dwie książki na koncie, ale dopiero jako redaktor w pełni zrozumiałem, na czym tak naprawdę polega pisanie. Odtąd to moje drugie „ja” dyscyplinuje mnie, każe więcej myśleć podczas pracy i realizować założone plany, a nie czekać na natchnienie. Bo natchnienie to może i dobra rzecz dla poetów, jednak proza to w 99% rzemiosło.
- Czyżby pomysł „Komisarza Maciejewskiego” to był ten pozostały 1%?
Wiesz, chyba tak! To zresztą dość długa historia, kilkunastoletnia. Podczas studiów na proseminarium z historii teatru dostaliśmy zadanie zrekonstruowania repertuaru lubelskich teatrów w latach 20. i 30. na podstawie recenzji w czasopismach. Ledwie wziąłem do ręki przedwojenną gazetę, wiedziałem, że dawna prasa to mój żywioł. Tyle że zainteresowały mnie bardziej kroniki kryminalne, reklamy, kronika towarzyska — słowem wszystko, tylko nie recenzje teatralne. Nie byłem w tym osamotniony, jedna z koleżanek również wynotowywała co ładniejsze kawałki spoza zadanego tematu, a potem dzieliliśmy się przeczytanymi ploteczkami. Raz pokazała mi artykuł pt. „Pan Teofil dostał w profil”. Była to drobna notka o statecznym mieszczaninie, który zamiast wracać do domu na kolację, udał się do nielegalnego domu publicznego w ciemnej staromiejskiej uliczce. W efekcie dostał po twarzy, stracił zegarek i portfel. Ponieważ wówczas zacząłem już myśleć o pisaniu fabuł historycznych, kryminał o przedwojennym Lublinie pojawił mi się w głowie jako jedna z opcji. Co prawda z zamiarem tym bezproduktywnie nosiłem się wiele lat, pisząc inne rzeczy, ale o panu Teofilu nie zapomniałem. A druga rzecz — akurat gdy przegrzebywałem się przez przedwojenne gazety, byłem tuż po wydaniu mojej pierwszej powieści „Obsesyjny motyw babiego lata”. Jedną z jej postaci był właśnie Zygmunt Maciejewski...
- O „Komisarzu Maciejewskim” krytycy piszą, że nawiązuje do tradycji noir. A Ty jakie książki uważasz za etalon tego stylu?
Zdecydowanie powieści Raymonda Chandlera, z tym że czarny kryminał wykroczył poza literaturę — już w latach 30. zaanektowało go amerykańskie kino, wkrótce pojawił się też w komiksach. Myślę, że gdyby nie to, na sam dźwięk słowa „detektyw” nie stawałby nam przed oczami niechlujny facet w trenczu i kapeluszu, z papierosem w ustach i ze szklaneczką whisky. I to raczej tę popkulturową wizję uznałbym za ów wzorzec, nie konkretne książki czy autora. To zjawisko, które ma więcej niż jednego ojca i odradza się wciąż na nowo, weźmy choćby takie kultowe filmy jak „Pulp Fiction” czy „Sin City”.
- A Lublin? Od dawna interesujesz się jego historią? Skąd tak dobrze znasz miasto z lat 30-tych?
Pisałem pracę magisterską o życiu literackim w przedwojennym Lublinie, ale gdy zbierałem do niej materiały, uświadomiłem sobie, że ten temat dotyczy mnie osobiście. Urodziłem się w Lublinie, zawsze tu mieszkałem, lecz dopiero historia pomogła mi zrozumieć charakter mojego miasta, wyczuć jego puls. Nigdy jednak nie uważałem się za wybitnego specjalistę od historii Lublina, osobiście znam wielu ludzi, których wiedza na ten temat jest daleko większa od mojej. Jeśli coś jest moją zasługą, to tylko to, że pierwszy z sukcesem podjąłem się przełożenia suchej wiedzy na atrakcyjne fabuły.
- Czy będzie kontynuacja kryminałów z komisarzem Maciejewskim?
Oczywiście, kolejny planuję na połowę przyszłego roku, ale Maciejewski to nie wszystko. Myślę również o kilku zupełnie innych książkach również związanych z Lublinem i Lubelszczyzną. Jednym z ważniejszych dla mnie pomysłów jest powieść o słynnym lublinianie – wielkim cadyku zwanym Widzącym z Lublina, który miał tu swój dwór na przełomie XVIII i XIX w. Widzący ponoć przepowiedział klęskę Napoleona w Rosji, a także swoją śmierć. Nic w tym zresztą dziwnego, skoro Bóg dał mu taki dar, że widział wszystko, co działo się na świecie. Obraz ogromu ludzkich grzechów przerażał jednak świętego męża, dlatego prosił Najwyższego, aby mu ten dar przynajmniej ograniczył. I Bóg spełnił jego prośbę – odtąd cadyk widział wszystko dokładnie tylko na sto mil, a resztę już jak przez mgłę.
- Życzę Ci, żeby już niedługo Twoje książki trafiły również do rąk rosyjskich czytelników. Dziękuję za rozmowę. 
I ja bardzo dziękuję.

Rozmawiał Stanisław Karpionok. Lublin – Sankt Petersburg
Specjalnie dla polskiego miesięcznika w Sankt Petersburgu “Gazeta Petersburska”

fot. Barbara Wrońska