Siergiej Greczuszkin: To nie był film

Gdy warszawska giełda dzień po dniu notuje spadki podobne do moskiewskiej, najważniejszą sprawą dla polskich polityków i mediów jest odpowiedź na pytanie „kto tu rządzi?”.
W ostatni piątek wszyscy mieli nadzieję, że akcje na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych choć trochę wzrosną. Ale wartość indeksu WIG20, skupiającego blue chipy, w ciągu sesji zleciała o 200 punktów, a był moment że ten spadek wynosił prawie 300 punktów. Włączyłem telewizję. W serwisie informacyjnym TV Biznes na pierwszym miejscu była informacja, że Sejm nie zgodził się by 6 stycznia, kościelne święto Trzech Króli, było dniem wolnym od pracy. Na drugim miejscu były zmiany w Kodeksie Pracy. Trzecią informacją była sprawa mobbingu i seksualnego molestowania w firmach. Dopiero pod koniec komentator powiedział, że właśnie WIG20 spadł o ponad 9 proc. w ciągu dnia.

Dodano, że pewnie wszystkiemu winne są Węgry, pikujące o 11 proc., bo przecież nasza gospodarka jest w świetnym stanie. Wieczorem w TVN24, najpopularniejszym kanale informacyjnym, główną wiadomością było to, minister w kancelarii prezydenta powiedział, że prezydent Kaczyński będzie się ubiegał o reelekcję. Informacje z giełdy znalazły się pod koniec serwisu i ograniczyły się do kilku zdań, zakończonych komentarzem, że nie ma powodów do obaw, bo przecież wszystko jest w porządku. Przyznam od razu – gram na giełdzie. Śledzę uważnie notowania, a wykresy indeksów rynków finansowych pokazują, czy dziś zarobię, czy stracę pieniądze. Ale obserwując jednocześnie polskie media i życie polityczne odnoszę wrażenie, że dla ludzi rządzących krajem te giełdowe krzywe linie są tak samo zagadkowe jak rysunki na pustyni Naska.
Tydzień wcześniej indeks WIG20 spadł w ciągu dnia aż o... 10 proc. Nazajutrz gazety zadawały pytanie, czy to jest krach? Odpowiedź niby nasuwała się sama i tak też mówili politycy większości krajów Europy. Obradowała G7 w Ameryce, zebrali się przywódcy krajów strefy euro w Paryżu – wszyscy zgodnie próbowali znaleźć wyjście z ogólnoświatowego kryzysu. Ale te wiadomości zajmowały najwyżej trzecie miejsce w serwisach informacyjnych polskich telewizji. Bo pierwsze miejsce zajął spór, kto ma lecieć do Brukseli – premier czy prezydent, razem czy osobno, kto poleci którym samolotem. W poniedziałek światowe giełdy wystrzeliły w górę o ponad 10 proc. gdy zagraniczni przywódcy licytowali się w pomysłach jak uspokoić inwestorów. Warszawska giełda wzrosła jedynie o 1,19 proc. a prezes Narodowego Banku Polskiego uspokajał sytuację w dość osobliwy sposób. Na zwołanej konferencji prasowej powiedział, że bank centralny będzie chronił rynek, ale... on nie powie jak. Dopiero dzień później dodano, że chodzi o ochronę oszczędności w bankach do wysokości 50 tys. euro. Nie było to jednak żadną sensacją, gdyż dwa dni wcześniej ten próg został zalecony w Brukseli całej Unii Europejskiej, do której przecież Polska należy. Odbicia, na które liczono, nie było, a warszawska giełda w te dni stała się jednym z najsłabszych rynków świata, bo gorzej było tylko w Rosji i Indonezji.
Dalej już wszystko szło zgodnie z przewidywaniami – czyli spadaliśmy jeszcze niżej. Ale katastrofa na rynkach finansowych toczyła się w jakiejś równoległej dalekiej od polskiej polityki rzeczywistości. Bo naszą rzeczywistość opanował spór – kto tu rządzi, prezydent czy premier? – a czołówki gazet zajęły komentarze, kto z nich ma rację. O krachu mówiono zaskakująco optymistycznie. Otóż okazało się, że w Polsce żadnego kryzysu nie ma, gospodarka ma się świetnie, najwyżej będzie mniejszy wzrost, ale wzrost, i w ogóle nie ma powodu do paniki. Giełda jednak spadała dalej, bo inwestorzy zapomnieli włączyć telewizję. A z niej dowiedzieli by się, że ten oto kraj jest „wyspą spokoju” (takiego właśnie określenia używano) i akurat nasz rynek jest odporny na wstrząsy, targające światowym kapitałem.
Rok temu w telewizji leciał serial „Ekipa” nakręcony przez samą Agnieszkę Holland, jedną z tych „największych” polskiego kina. Główną postacią był premier Konstanty Turski (zbieżność z nazwiskiem premiera Tuska zapewne przypadkowa). Szef rządu, prawdziwy gentleman i technokrata, stawał ponad podziałami partyjnymi i mądrze rozwiązywał wszelkie problemy nękające kraj. A tych problemów w serialu było co niemiara – a to terroryści opanowali zamek w Pułtusku, a to na Białorusi wybuchła bomba atomowa, jednak z każdego kłopotu dzielny premier wyprowadzał powierzoną mu ojczyznę obronną ręką. Był też kryzys giełdowy. W serialowej telewizji ta wiadomość była na pierwszym miejscu. Zaś serialowy premier w ciągu zaledwie jednego odcinka załatwił sprawę, uspokoił inwestorów, giełda wróciła do wzrostów... Tyle o serialu „Ekipa”. Bo w niekończącym się serialu „polityka polska” ani prezydent, ani premier nie mają czasu by zająć się rynkiem finansowym, gdyż są ważniejsze sprawy.
Gorzej że tym się nie zajmują też media. Nikt nie zadał najważniejszym w państwie osobom pytania: panowie, co wy z tym zamierzacie zrobić? Przed dziennikarzami wystąpił wprawdzie prezes Giełdy Papierów Wartościowych i powtórzył to co od dawna wszyscy słyszymy: w Polsce wszystko w porządku, gospodarka ma się świetnie, inwestorzy nie mają powodów do wycofywania kapitałów, czyli jesteśmy oderwaną od burzliwego świata wyspą spokoju. Swoje dramatyczne przemówienie wygłosił on gdy WIG20 łamał kolejne psychologiczne bariery, inwestorzy pozostawali głusi, giełdowy „dance macabre” trwał w najlepsze. Głusi pozostali też dziennikarze, zajmując najlepszym dla nich tematem: kto jest lepszy, Tusk czy Kaczyński, PO czy PiS? Bo jest piątek, życie w naszym kraju jest nudne, nic się nie dzieje i gdyby nie politycy to byśmy nie mieli czym zapchać serwisu wiadomości. Bo w Polsce wszystko idzie dobrze, najważniejszym problemem jest przecież konflikt Kaczyński kontra Tusk, a kryzys? Jaki kryzys? Kryzysy się rozwiązuje w filmach.

Siergiej Greczuszkin, dziennikarz (m.in. Rzeczpospolita, Polskie Radio, Przekrój), koordynator projektów międzynarodowych w fundacji FIKA, mieszka w Warszawie.

Specjalnie dla polskiego miesięcznika w Sankt Petersburgu “Gazeta Petersburska”