Jerzy Czech: "Lubię dobrą literaturę, a rosyjska jest jedną z najważniejszych na świecie"
Takie pytania słyszę tylko w Polsce. W Rosji, kraju fizyków-liryków, takie połączenie chyba nie powinno nikogo dziwić. Aleksandr Sołżenicyn pogodził z literaturą studia matematyczno-fizyczne, Wasilij Grossman — dyplom chemika. Mój miły znajomy, poeta i zasłużony tłumacz poezji polskiej, Władimir Britaniszski był geologiem z leningradzkiego Instytutu Górnictwa, gdzie całą „gorniacką szkołę poetycką” wychował Gleb Siemionow. Najczęściej za takimi wyborami stała niechęć do silnie zideologizowanych wydziałów humanistycznych. — Kiedy Pan po raz pierwszy „pokochał” literaturę rosyjską? Czym ona Pana zafascynowała? Tak jak wszyscy, uczyłem się języka w szkole, ale w odróżnieniu od innych czyniłem to chętnie. Z pewnością miała na to wpływ urodzona na dzisiejszej Białorusi mama, która nie traktowała literatury, czy szerzej — kultury rosyjskiej z niechęcią. W domu był np. wybór Puszkina z „Eugeniuszem Onieginem” w oryginale — czytałem to jeszcze w szkole podstawowej. Później był Gogol, Czechow — w teatrze telewizji robiono znakomite adaptacje, z przyjemnością oglądaliśmy je całą rodziną. Chodziłem też do kina, pamiętam że na 50-tą rocznicę rewolucji cały listopad poświęcony był radzieckiej klasyce. To wypłaszało normalnych widzów (ja widocznie nie byłem normalny), więc później imprezę pt. Dni Filmu Radzieckiego ograniczono do tygodnia. Zawsze znalazłem tam coś dla siebie. A kiedy zdałem na studia, kupiłem płytę Okudżawy, jego pierwszy longplay. Do dzisiaj piosenki Bułata Szałwowicza darzę wielką miłością. W latach dziewięćdziesiątych bywałem w Moskwie, niezbyt często, parę razy. Może to i lepiej, bo zawsze wtedy coś się działo. Za pierwszym razem, w 1993 roku, trafiłem na punkt szczytowy konfliktu Jelcyna z parlamentem. Sześć lat później, kiedy przyjechałem na Międzynarodowy Festiwal Poetów, zaczęto wysadzać domy, tak że przez dziesięć dni budząc się powtarzałem słowa pieśni Karpińskiego „Myśmy się jeszcze zbudzili…”. Odwiedziłem też dwukrotnie Samarę, a raz — Czeboksary i rodzinną wieś poety czuwaskiego, Giennadija Ajgiego. Ostatni raz byłem w Moskwie w roku 2001, w ramach Dni Kultury Polskiej. Teraz utrzymuję z Rosją stały kontakt przez internet. Pewnie warto znowu pojechać, ale nie jestem zbyt mobilny i ciężko mi się ruszyć. — Czy, Pana zdaniem, łatwiej jest pisać własne utwory, czy dokonywać przekładu? O tłumaczach mawia się czasem, że to tacy literaci, którym nie powiodło się w twórczości oryginalnej. Mnie się akurat powiodło, w latach 80-tych byłem lepszym poetą oryginalnym niż tłumaczem, osiągnąłem sukces pisząc wiersze do muzyki Przemysława Gintrowskiego, z czego powstał cały program „Kamienie”. Ale rodzaj poezji i tematyka, którą wówczas uprawiałem, zaczęła mnie nużyć. Akurat wtedy zaczęła się w ZSRR pierestrojka, więc zainteresowałem się tym, co drukowała coraz bardziej wolna prasa radziecka. Zwróciłem się w stronę poezji współczesnej. Ona pierwsza zareagowała na pierestrojkę, chociaż nie tak, jak można się było spodziewać: nie rymowaną publicystyką, ale nawałą wierszy groteskowych, nasyconych cytatami — od klasyki po partyjne slogany. Nie przeciw władzy, tylko jakby obok niej, niezależnie. Zafascynował mnie rodzaj wolności, jaki prezentowali twórcy, których zaczęto wówczas drukować — Prigow, Irtieniew, czy — nomen — omen — Druk. Poznałem też twórczość oberiutów. Porzuciłem więc tłumaczenie tzw. bardów, a zacząłem prezentować w Polsce nowe nazwiska. Tak mnie to wówczas wciągnęło, że stało się moim głównym zajęciem, a po latach — źródłem utrzymania; nie mam więc czasu na uprawianie własnej twórczości. Ale nie zarzuciłem jej całkiem — od czasu do czasu piszę miniatury po rosyjsku. — Czy Polacy czytają współczesną literaturę rosyjską? Jakie tytuły się ukazują? Czy literatura rosyjska odnosi sukces komercyjny? Nie tylko czytają, chodzą też do teatru na sztuki rosyjskie. No i, jak mawiał pan Zagłoba, „jam to, nie chwaląc się, sprawił”. Po okresie nieobecności współczesnej dramaturgii rosyjskiej Teatr Polski w Poznaniu zaryzykował wystawienie przełożonej przeze mnie sztuki Nikołaja Kolady „Martwa Królewna” i odniósł wielki sukces. Jego „Merylin Mongoł” (Murlin Murło) wystawiło dziesięć teatrów, były adaptacje w radiu i telewizji. Tłumaczyłem też dwie sztuki jego ucznia Wasilija Sigariewa — „Plastelina” i „Rodzina wampira”. No i potem, jak mówią Rosjanie, poszło i pojechało. Dzisiaj znanych jest co najmniej kilkunastu dramaturgów rosyjskich — bracia Priesniakow, Iwan Wyrypajew, Michaił Ugarow, Marija Łado, Maksim Kuroczkin i inni. Niedawno premierę miała sztuka znanego satyryka Wiktora Szenderowicza „Dwa angieła, czetyrie czełowieka” w moim tłumaczeniu — od razu w Kaliszu i w Warszawie. — Moim zdaniem świetnie udaje się Panu przekazywać polskiemu czytelnikowi wszystkie znaczenia i konteksty oryginału, niepowtarzalny styl i język. Co sprawia największe trudności podczas przekładu literatury pięknej? Żadna istotna praca nie jest łatwa. Ja np. nie umiem tłumaczyć na żywo. Przywykłem do długiego namysłu nad każdym zdaniem, a tam nie wolno się zastanawiać. Inaczej też tłumaczy się prozę, inaczej poezję, w dramacie też są odmienne problemy. — Jacy pisarze rosyjscy zrobili na Panu ostatnio największe wrażenie? Kto należy do Pana ulubionych autorów? Najlepszą odpowiedzią na to jest spis tłumaczonych przeze mnie książek. Dorzuciłbym tu od dawna przeze mnie cenioną Ludmiłę Pietruszewską, której powieść „Nomier odin” w moim tłumaczeniu ma wyjść pod koniec roku. Szkoda, że zbiory opowiadań źle się u nas sprzedają, bo brak nowel Pietruszewskiej jest dotkliwą luką w polszczyźnie. Bardzo chciałbym przetłumaczyć dwie książki „Obmienionnyje gołowy” Leonida Girszowicza i „Żyznieopisanije chor’ka” Piotra Aleszkowskiego. Mam też przełożoną sporą część książki Władimira Sorokina „Tridcataja lubow’ Mariny” i myślę, że warto byłoby wydać całość, ale autor jakoś nie ma do mnie zaufania… Chociaż na ogół rosyjscy pisarze cenią sobie to, że ich tłumaczę, a najmilszej dedykacji doczekałem się od Igora Irtieniewa: „Jureku Czechu, kotoryj diełajet niewozmożnoje”. To mógłbym przyjąć za swoją dewizę tłumacza: zmniejszać obszar tego, co niemożliwe. — W tym roku w Pana przekładzie ukazała się książka „Życie i los” Wasilija Grossmana. Jak ta powieść została przyjęta w Polsce? Czy nie ukazała się zbyt późno? Minął dopiero miesiąc od jej ukazania się, ale z tego, co mi wiadomo, wzbudziła spore zainteresowanie. Wydawnictwo zrobiło dużo dla reklamy książki. Powitały ją recenzjami wszystkie najważniejsze gazety i tygodniki, co wcale nie jest regułą. — Jaki z dotychczasowych swoich przekładów uważa Pan za najlepszy? Jakie tłumaczenie było najtrudniejsze? Nad czym Pan teraz pracuje? Każda książka sprawia jakieś kłopoty. Biorę zresztą do tłumaczenia wyłącznie książki trudne, wszystkie więc są dla mnie wyzwaniem. Z różnych zresztą powodów, np. słownictwo wojskowe u Grossmana czy w opowiadaniach Sołżenicyna. W książce Aleszkowskiego był żargon łagrowy, który nie ma u nas odpowiednika. Niemało namęczyłem się nad „ornamentalną” prozą Eppla w „Trawiastej ulicy”, gdzie wszystko było trudne — i aluzje do nie zawsze znanych mi spraw, i realia moskiewskiego przedmieścia sprzed półwiecza. Język sztuk Kolady wymagał wykreowania czegoś zupełnie nowego. Taką samą próbą był „Kyś”; ale przetłumaczyłem go właściwie dość szybko, w dodatku z wielką przyjemnością. Wbrew pozorom o wiele trudniej bywało z książkami Borisa Akunina, zwłaszcza „Książka dla dzieci”, gdzie autor daje sporo ruszczyzny z czasów Iwana Groźnego. W przekładzie powinien znaleźć się taki język, żeby bohater go naprawdę nie rozumiał. Do tego nawet Kochanowski się nie nadawał, więc dałem spore fragmenty, stylizowane na polszczyznę średniowieczną. Bardzo to było trudne, bo nie ma wielu zabytków językowych z tego okresu, a przy tym nic a nic nie zmyśliłem! Oczywiście żaden z recenzentów tego nawet nie zauważył. — Dziękuję za rozmowę. Rozmawiał Stanisław Karpionok. Poznań — Sankt Petersburg, czerwiec 2009 roku
|
|
|