Pół roku w Sankt Petersburgu. Obrazy, które na zawsze zostaną w pamięci

I znów przyjadą stypendyści do Sankt Petersburga… szkoda tylko, że nie da cofnąć się czasu i tym razem to nie będę już ja. Od lutego do czerwca bieżącego roku — 2009 miałam okazję wraz ze swoją wyjazdową kompanią — moimi kolegami ze studiów — brać udział w wymianie studenckiej między Uniwersytetem Warszawskim, a Sankt Petersburskim Państwowym Uniwersytetem. Wymiana ta odbywa się co pół roku między naszymi uniwersytetami na podstawie indywidualnej umowy między Instytutem Stosunków Międzynarodowych, mieszczącym się na Żurawiej 4 w Warszawie oraz Wydziałem Stosunków Międzynarodowych w Sankt Petersburgu, rozlokowanym w przepięknym Soborze Smolnym zbudowanym według projektu Quarenghiego.

Kiedy przyjechałam do zaśnieżonej Wenecji Północy — jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z tego jak bardzo będę tęskniła za tym miejscem kiedy wrócę do Polski. Piękne miasto, cudowni ludzie, ogrom pracy wykonanej na uniwersytecie, życie kulturalne, które udawało mi się realizować, współpraca z Domem Polskim to tylko część tego co mnie tu spotkało.
Początki jak zawsze nie należały do najprostszych, ale im więcej czasu upływa tym mniej pozostaje w pamięci tego, co było złe.
Po przyjeździe zameldowano nas w Domu Studenckim przy ulicy Szewczenko na Wyspie Wasilewskiej, gdzie mieliśmy bardzo dobre warunki. Akademik z monitoringiem, z dwuosobowymi pokojami, gdzie każdy pokój dysponował telewizorem, własną kuchnią i łazienką. Warunki były dla nas bardzo miłym zaskoczeniem, bo byliśmy przekonani, że nie znajdziemy tu standardów zachodnio-europejskich. Byliśmy szczęśliwi, że jesteśmy już na miejscu, ale z drugiej strony z niepokojem patrzyliśmy na najbliższe dni i zadawaliśmy sobie wiele pytań, na które jeszcze nie mogliśmy znać odpowiedzi — co? gdzie? z kim? i dlaczego?
Na drugi dzień trafiliśmy już na wydział — pamiętam jakby to było wczoraj... Instytut Smolny, który ukazał się naszym oczom — jasnoniebieski, ogromy i bogaty — oczarował nas. Żadna widokówka, żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać tej majestatyczności błękitnego dzieła architektury, które wówczas cudownie komponowało się z białą pierzynką śniegu. Staliśmy dłuższą chwilę — milczenie przerwał jeden z moich wyjazdowych kolegów, rozładowując sytuację „A czy my jesteśmy pewni, że to nie Ermitaż”. Oczywiście to nie był Ermitaż, a my doskonale zdawaliśmy sobie z tego sprawę — to był nasz wydział, nasze nowe miejsce zmagań intelektualnych, nasze miejsce spotkań z nowymi przyjaciółmi, nasze miejsce, które nie raz przysporzyło nam trudności i nerwów, ale i miejsce, gdzie z naszych twarzy płynęło zadowolenie, satysfakcja i duma.
Na uniwersytecie spotkaliśmy się z dużą biurokracją, która jest spuścizną dawnego systemu. Zbieranie podpisów na kartach egzaminacyjnych od wykładających profesorów, ciągłe wizyty w uniwersyteckim wydziale ds. obcokrajowców, przymusowe spotkania z paniami z administracji domu studenckiego, robienie testów na obecność wirusa HIV w organizmie i dwumiesięczne oczekiwanie na przedłużenie wizy — to tylko niektóre przykłady, że w Polsce nie mamy na co narzekać, choć u nas też nie wygląda to różowo.
W czasie mojej nauki na Uniwersytecie spotkałam się z pozytywną reakcją profesorów, którzy co prawda wymagali ode mnie dużo, ale sami też starali się w miarę możliwości mi pomóc — np. wysyłali mi swoje materiały w formie elektronicznej czy tłumaczyli niejasne zagadnienia po zajęciach. Jedyne co nie podobało mi się na zajęciach to, że program studiów to w przeważającej mierze analiza historii (oczywiście z perspektywy rosyjskiej). Kierunek jakim są stosunki międzynarodowe wymaga większej analizy spraw bieżących i nauki analizy sytuacji międzynarodowej — tego właśnie mi brakowało na zajęciach w Petersburgu. Ciekawe natomiast były często odbiegające całkiem od tematu zajęć dyskusje studentów z profesorami, na które w Polsce nie ma czasu. Można było dyskutować o zielonych ufoludkach, które przyleciały z Marsa. Wydaje się bez sensu? A jednak ma sens. Na początku denerwowało mnie takie podejście, bo często jak mi się wydawało traciliśmy zajęcia. Z drugiej strony Ci młodzi ludzie uczą się wypowiadać to, co myślą, logicznie formułować swoje wystąpienia i odpierać kontrargumenty swoich przeciwników. Czasem można z takich zajęć wynieść więcej niż po wysłuchaniu suchego wykładu, z którego człowiek dowiaduje się tego, co może przeczytać w książce. I tak też Ci ludzie robili — oni czytali, a na zajęcia przychodzili poznać inny punkt widzenia i dyskutować.
Miałam także okazję dowiedzieć się, co to są, a raczej były, rosyjskie zapusty, czyli „Maslenica”. Dziś jest to tylko rekonstrukcja i niewielka próbka ludowej zabawy, która kiedyś była nieodzowną częścią rosyjskiej tradycji. Na przedmieściach Sankt Petersburga, niedaleko Peterhofu odbywały się koncerty muzyki ludowej, była nauka narodowych tańców rosyjskich, zabawy ludowe, sztuczne kukły i wciąż towarzysząca melodia harmoszki. Szkoda tylko, że nie było prawdziwego niedźwiedzia, który zawsze kojarzył mi się z tymi uroczystościami, a jedynie mężczyzna w przebraniu tego futrzaka. Nikita Michałkow w filmie pt. Cyrulik Syberyjski ukazał przepiękne obrazy z Maslenicy, wielu elementów nie było na festynie pod Petersburgiem, ale i tak było to ciekawe doświadczenie, które pokazało nam, że taka forma rozrywki cieszy się w dalszym ciągu sporym zainteresowaniem wśród Rosjan.
Oprócz zajęć dydaktycznych na uniwersytecie brałam aktywny udział w życiu fakultetu.
W kwietniu odbyło się święto wydziału, które rozpoczęto dźwiękami polskiego tańca narodowego — poloneza. Taniec ten nie mógł odbyć się bez naszego udziału, obowiązkowo wystąpiliśmy jako reprezentacja naszego kraju, co zostało bardzo dobrze odebrane wśród profesorów. Miałam zaszczyt prowadzić korowód par idących krokiem poloneza w parze z moim rosyjskim kolegą. Przez cały dzień liczne występy znanych rosyjskich artystów uświetniały obchody, a studenci mogli porozmawiać z kadrą naukową na swoje prywatne tematy, a wieczorem także pożartować i potańczyć. Impreza wieńcząca wszystkie uroczystości odbyła się w wielkiej hali z dwiema scenami, na których znów można było podziwiać piosenkarzy, tancerzy, aktorów, a także studentów tego fakultetu, którzy mieli coś do pokazania kadrze oraz swoim koleżankom i kolegom z wydziału.
Miałam także okazję uczestniczyć w „Modelu Unii Europejskiej”, w trakcie trzech dni rosyjscy studenci starali się zgłębić mechanizmy funkcjonowania organów Unii. Próbowaliśmy rozwiązać kwestie związane z ekologią i bezpieczeństwem energetycznym Europy. Była to ciekawa lekcja tego jak młodzi Rosjanie patrzą na aktualne problemy UE, a także na poszczególnych przedstawicieli, w których się wcielali w trakcie wszystkich negocjacji. Ciekawy był ich stosunek do przedstawiciela Polski, którego niejednokrotnie bojkotowano za sam fakt, że przedstawiał Polskę. Wtedy też stwierdziłam, że po to są takie wymiany, jak ta, w jakiej miałam okazję brać udział, żeby móc poznać jak jest naprawdę, jak Ci ludzie myślą, dlaczego zapadają takie, a nie inne decyzje i dlaczego patrzymy na siebie przez pryzmat stereotypów wykreowanych przez lata.
W czasie półrocznego stypendium współpracowałam z Katedrą Amerykańską i dzięki tej współpracy poznałam wielu wybitych ludzi, z którymi miałam okazję nie tylko porozmawiać, ale także współpracować przy organizacji Seminarium Rosyjsko-Amerykańskiego, m.in. A.W. Prohorenko, W.A. Nikonow, S. Guoltni, czy N.K. Swanidze.
Wraz z końcem maja zaczęłam sesję egzaminacyjną, która przyniosła mi kilka poważnych egzaminów, w zdecydowanej większości po rosyjsku, ale także w języku angielskim. W większości były to odpowiedzi ustne, które choć stresujące nie wzbudzały takich emocji jak egzaminy pisemne — składające się z dwóch części, trwające po półtorej godziny. Tutaj nie było miejsca na zastanawianie się nad kwestiami językowymi, gdyż tekstów umów międzynarodowych było dużo, w dodatku wszystko w oryginale. Trzeba było czytać, analizować sytuacje, pisać swoje pozycje negocjacyjne i budować całe strategie. Ale jak się okazało, człowiek jest w stanie ze wszystkim sobie poradzić jeśli tylko czegoś bardzo chce. Jeszcze półtora roku temu nigdy nie pomyślałabym, że to właśnie tam spędzę swoje najciekawsze momenty moich studiów, a już dziś planuję kolejny wyjazd w celach naukowych — tym razem do Moskwy, choć o Petersburgu też nie zapomnę i z całą pewnością wrócę w mury uniwersyteckie.
Podczas pobytu starałam się w miarę możliwości pomagać w Domu Polskim, gdzie spotkałam niezwykle otwartych i przyjaznych ludzi, przede wszystkim Dyrektora Stowarzyszenia Wspólnota Polska p. Czesława Błasika, który swoim zapałem i chęcią zrobienia czegoś dla dobra Polonii i Polaków mieszkających w Rosji zarażał mnie swoim entuzjazmem, którego jak mi się wydaje i tak mi nie brakowało.
Okres pięciu miesięcy może wydawać się okresem krótkim, ale był to okres w trakcie którego udało mi się także zatęsknić do naszej kochanej ojczyzny nad Wisłą — do naszej Polski. Przez pół roku spotkałam wielu fantastycznych Polaków, którzy mieszkają na terenie całej Rosji, ale także tych, którzy przyjechali do Rosji od nas z kraju. Wspólna modlitwa i stół wielkanocny w Domu Polskim, obchody Światowego Dnia Polonii — którego gościem był Marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, czy wizyta polskich dziennikarzy, którzy przypłynęli do brzegów Newy na Darze Młodzieży. Wszystko to nie było jednak w stanie oddać tego za czym po takim czasie tęskniłam.
Cały czerwiec przeznaczyłam na zwiedzanie tego pięknego miejsca, jakim jest Sankt Petersburg. Nieprzebrane bogactwo Petersburga, a także okolic tego nieprzeciętnego ośrodka naukowego, kulturalnego, a także życia politycznego przyciąga tysiące turystów i wprawia w zachwyt wszystkich bez wyjątku. Ermitaż, Spas na Krwi, Sobory: Smolnyj, Kazanskij i św. Izaaka, Teatr Maryjski, Muzeum Rosyjskie, Twierdza Pietropawłowska, Newski Prospekt, Pole Marsowe, czy Ogród Letni — a to przecież mała część tego co warto zobaczyć.
Przepiękne kompleksy parkowo-pałacowe byłych carów Rosji pod Petersburgiem, takie jak Puszkin (Carskie Sioło), Petrodworec (Peterhof), Pawłowsk, Zielenogorsk czy Gatczyna.
Okres czerwca — lipca to okres białych nocy, fenomenu przyrody, który przyjeżdża podziwiać tysiące ludzi z całego świata. Podnoszone mosty są atrakcją turystyczną, ale jak się i sama przekonałam znacznym utrudnieniem dla jego mieszkańców. Uwieńczeniem Białych Nocy są Ałyje Parusa, czyli Purpurowe żagle, albo jak kto woli święto odpowiednika naszych maturzystów. Na kilku scenach niedaleko Newy odbywały się koncerty. Ale tak na prawdę wszyscy czekali na show przygotowane przez miasto. Jak się okazało było warto. Przed rozpoczęciem imprezy z nieba lało się jak z cebra, po czym na niebie pojawiła się piękna tęcza, a niebo wypogodziło się. Wszyscy chcieli dostać się jak najbliżej barierki na Dworcowym Moście. Miałam wrażenie, że cały Petersburg zmieścił się na moście nieopodal Ermitażu. Jak się później przekonałam wszystkie pobliskie uliczki centrum wyglądały tak samo, a tłum mimo późnych godzin nie ustępował. Nie widziałam czegoś tak pięknego jak to co przygotowali Rosjanie na wodach Newy. Dwumasztowy Żaglowiec o purpurowych żaglach przepłynął środkiem Newy. Pięknie oświetlona Twierdza Pietropawłowska po jednej i Ermitaż po drugiej, w oddali podniesione mosty, a środkiem przy muzyce klasycznej płynące cudo — piękny żaglowiec, z kształtem, który nadał mu człowiek, ale z duszą którą nadał mu wiatr. Wrażenia nie do opisania słowami, kiedy znów po chwili nie można oderwać oczu od całej setki fontann, gry świateł połączonego z muzyką i sztucznych ogni. To były tańczące fontanny jak określali to moi rosyjscy przyjaciele, z którymi spędzałam ten wieczór. Impreza bez kropli deszczu zakończyła się późno w nocy, choć tak naprawdę nikt tego nie odczuwał, bo było jasno, a i po takich emocjach trudno potem zasnąć.
Tu kolejna cecha charakterystyczna Rosjan, o której należy wspomnieć. Zamiłowanie do świąt, ale do świąt narodowych. Z wielkim rozmachem przygotowują koncerty i uroczystości — Dzień Obrońcy Ojczyzny, Dzień Kobiet, Święto Wiosny i Pracy, Dzień Zwycięstwa, Dzień Sankt Petersburga, Dzień Rosji, czy już wspomniane Ałyje Parusa. Po każdej z imprez mówiłam, że „ jestem w szoku” — to wyrażenie najlepiej oddawało mój zachwyt.
Muszę przyznać, że Rosjanie są bardzo otwartymi ludźmi. Jeżeli już kogoś lepiej poznają to zawsze mu pomogą. Mnie często zapraszali do domu, gdzie poznawałam ich rodziny i siadałam razem do stołu.
Z drugiej strony spotykałam się ze stwierdzeniem, że Polacy są chytrzy i, że to my ich — Rosjan — nie lubimy, bo zawsze jesteśmy „na nie” w stosunku do Rosji. My też w kraju często uogólniamy, ale w stosunkach między społeczeństwami wrogości nie ma, może jakaś początkowa obawa przed potwierdzeniem się stereotypów. Okazało się jednak i tym razem, że kultura słowiańska jest dobrą bazą do budowania dialogu, chciałoby się, aby obie strony tego dialogu chciały. Po to są właśnie takie wymiany studenckie jak ta, w której uczestniczyłam. Im więcej o sobie będziemy wiedzieć tym lepiej znajdziemy wspólny język negocjacji i współpracy. Tym lepiej zrozumiemy mentalność i decyzje, które podejmowane są przez naszego sąsiada na Wschodzie.
Zatem każdemu studentowi czy to na polskiej czy na rosyjskiej uczelni mogę powiedzieć, że wyjazd na stypendium to bardzo dobry pomysł i każdemu polecam taką lekcję życia.
Ja już dziś planuję kolejny wyjazd do miasta, w którym pozostało moje serce, do najpiękniejszego — moim zdaniem — miasta na świecie, do mojego Sankt Petersburga. Mam nadzieję, że marzenie to się spełni tak jak to sprzed roku — o tym wyjeździe.
Ze swojej strony chciałabym podziękować wszystkim tym, którzy mi pomagali w czasie tego wyjazdu, a w szczególności: p. Cz. Błasikowi i p. N. Bachariewej wraz z mężem.
Marlena Sawicka