Lublin to miasto dziwne. Za małe, by było duże, i za duże, by było małe – parafrazując słowa Józefa Czechowicza, największego poety, jakiego wydało. Lublin okazjonalnie bywał stolicą Polski (10 dni w 1918 i 164 dni w 1944), a jednak wydarzenia polityczne dużego kalibru na ogół go omijały. Jedyny znaczący wyjątek historia uczyniła dla podpisania unii polsko-litewskiej (19 lipca 1569), wydarzenia bez historycznego precedensu, które uczyniło jeden organizm polityczny z dwóch narodów – i to w czasach, gdy o żadnych Uniach Europejskich ani Wspólnotach Niepodległych Państw nikomu się nie śniło. Na placu, gdzie wedle tradycji obozowała litewska szlachta, już w XVI w. stanął pomnik Unii Lubelskiej, a sam plac nazwano później Litewskim. Król Zygmunt August – prawdopodobny fundator obelisku – z pewnością chciał dobrze i nawet nie przypuszczał, że stwarza precedens, który zakończy się polityczną wojną na monumenty.
Długo zresztą tej wojny nic nie zapowiadało, ponieważ na jej kolejny akt przyszło Lublinowi czekać do 1716 r. – do konfederacji tarnogrodzkiej wymierzonej w Augusta II Mocnego. Królowie sascy tradycyjnie nie mają wśród polskich historyków dobrej prasy, ale wcale nie szło o to, że August II był różokrzyżowcem, pasjonował się okultyzmem, zachwycało go rokoko ani że miał tyle nieślubnych dzieci, ile dni w roku (choć przyznawał się jedynie do dziewięciorga). Poszło o wprowadzone w granice Rzeczypospolitej saskie wojska. Właśnie w Lublinie miały miejsce rokowania, podczas których miasto przypominał pole bitwy pozycyjnej. Największa z barykad przecinała ulicę, zapewniając żołnierzom doskonały widok (a także ostrzał) właśnie na plac Litewski. Czyżby już wówczas stawało się jasne, że kto rządzi placem, rządzi miastem?
Wydarzenia nabrały tempa w XIX w., gdy jako lojalni poddani cara my, lublinianie, przystąpiliśmy do wielkiego planowania i wytyczania ulic. Plac Litewski nie przypominał już bowiem wielkiego i przestronnego majdanu, na którym Litwini rozbijali namioty. Był dziczejącym ogrodem zamkniętym z jednej strony przez zniszczony pałac Lubomirskich (zwany poradziwiłłowskim) – chwilowo nadający się wyłącznie na magazyn słomy, z drugiej przez niszczejące zabudowania klasztorno-szpitalne bonifratrów – trwale nie nadające się już do niczego. Naprzeciwko stał zajazd przynoszący niezły dochód ojcom kapucynom, a dopiero dalej kamienice dowodzące, że jednak cały czas mówimy o mieście wojewódzkim. Prezes Komisji Województwa Lubelskiego i wierny poddany cara, Józef Domański, był człowiekiem, który musiał zrobić z tym porządek. I zrobił!
Reorganizacja miejskiej przestrzeni od zarania dziejów bywała świetną okazją, żeby się pozbyć balastu niewygodnej przeszłości – któż tego nie zna choćby z przeprowadzek, gdy nadarza się niepowtarzalny pretekst, aby przypadkiem stłuc obrzydliwy wazonik od cioci albo gdzieś zapodziać kompromitujące zdjęcie. U nas tym niewygodnym szczegółem był pomnik Unii Lubelskiej, kłujący w oczy symbol niegdysiejszego polsko-litewskiego mocarstwa.
Józef Domański przechadzał się być może po placu w towarzystwie inżynierów. Być może kopnął w mur grożącego katastrofą budowlaną klasztoru bonifratrów. A jeszcze bardziej być może, wskazując zaniedbany pomnik, zwrócił się do któregoś z majstrów:
– A gdyby tak przy okazji wyburzyć tę tam kolumienkę?
– Się wyburzy – skinął głową budowlaniec, bo wiedział dobrze, że zamówienia publiczne to źródło, które może wyschnąć.
Tak powstał plac Musztry, z jeszcze większym zadęciem zwany Polem Marsowym, na którym podczas modnych wówczas parad wojsko przekonywało cywili, że jest karne i sprawne i że powstania nie są najlepszym pomysłem. Jednak nawet najlepiej urządzona parada nie może się równać z budowlą, która choć nieruchoma, trwa i przypomina o sobie przez okrągłą dobę, nie tylko godzinę czy dwie. Dlatego w latach 1874-76 na placu stanął prawosławny sobór pw. Podwyższenia Krzyża. Co prawda w w 1826 r. z inicjatywy S. Staszica, do którego car Aleksander I czuł wyraźną słabość, odbudowano obelisk upamiętniający Unię Lubelską, jednak ten skromny postumencik nikł na tle monumentalnej świątyni. Obserwator pomnikowej wojny na placu dobrze rozumiał, jak maleńka musiała być Rzeczpospolita Obojga Narodów w porównaniu z władzą imperatora Wszechrusi. No i w sumie racja, bo choć Polsce zdarzało się sięgać od morza od morza, to jednak aż po Alaskę nigdy.
Nadeszły jednak pierwsze lata XX w. Wbrew pozorom polscy bojowcy nie byli w wojnie pomnikowej bez szans, musieli tylko znaleźć metody na miarę swoich możliwości. I tak oto 23 marca 1908 r. w stronę przechodzącego alejką wśród krzewów komisarza policji Eugeniusza Sachsa pada siedem strzałów z rewolwerów. Ten osuwa się na bruk, przerażeni przechodnie uciekają na wszystkie strony, a wraz z nimi znika trzech nieznanych sprawców. Mimo że całe wydarzenie rozegrało się między strzeżoną siedzibą gubernatora a stałym posterunkiem policyjnym, nikogo nie zdołano ująć.
Choć te siedem strzałów nie zrobiło nawet rysy na fasadzie soboru, w niezauważalny sposób musiało naruszyć jego fundamenty, bowiem carska budowla nie przetrwała długo. Nie, nie trafiła jej bomba, nie zniszczył jej ostrzał artyleryjski, bo Lublin podczas I wojny światowej nie był pod ostrzałem – na miasto-twierdzę nie nadawał się po prostu. Zdarzyło się coś bardzo niepolskiego, nie mającego się nijak do tradycji tolerancji i szanowania cudzych świętości, czym tak chlubiła się I Rzeczpospolita. Chlubiła się po części na wyrost – ileż cerkwi stało się kościołami, ileż zborów, o synagogach nie wspominając, spłonęło przy okazji jakiejś ruchawki na pograniczu! No ale to było w ferworze emocji podgrzewanych żarem wojen religijnych, jakże modnych w kulturalnych krajach Zachodu – nie u nas na europejskiej prowincji. Tymczasem gdy po odzyskaniu długo wyczekiwanej niepodległości Polacy zabrali się do usuwania śladów carskiej władzy, w Lublinie na pierwszy ogień poszedł właśnie sobór na placu Litewskim. Na zimno i metodycznie rozbierano świątynię, by kilka przecznic dalej z tego samego budulca postawić Dom Żołnierza. I choć trudno nie ulec ówczesnej argumentacji – myśmy się o tę cerkiew nie prosili, zresztą nikt tu już nie przychodzi – w tym wyrachowanym polonizowaniu pamięci i przestrzeni krył się złowieszczy znak. Znak kontynuowania wojny na pomniki? Tak, ale to drobiazg. Mam na myśli znak o wiele bardziej upiorny – urzędowego burzenia cerkwi na Lubelszczyźnie, Podlasiu, Wołyniu w 1938 r., które stało się gwoździem do trumny pokojowego współżycia Polaków i Ukraińców, a którego rocznicę obchodziliśmy całkiem niedawno, 12 listopada. Dzień po Święcie Niepodległości – i słusznie, bo jak widać, polska niepodległość wyzwoliła nie tylko narodową dumę, także narodowe upiory...
Dziś w miejscu soboru jest fontanna. Sam puszczałem w niej łódki, kiedy byłem mały. A gdy wraz z kolegami kończyliśmy już nasze morskie bitwy pod Cuszimą, gdy po unieruchomioną „Aurorę” trzeba było wchodzić do wody, bo baterie się wyczerpały, gdy zatonął „Bismarck” – wracaliśmy do rzeczywistości i robiło się nam chłodno, bo na plac Litewski rzucał cień kolejny epizod wojny pomnikowej. Armia Czerwona przywiozła bowiem Lublinowi nie tylko chwilową stołeczność, ale i wielkiego sołdata. Związek Radziecki okazał się bowiem godnym spadkobiercą pompatycznej myśli carskich urzędników, ponieważ już w niecały miesiąc po tzw. wyzwoleniu na placu stanął Pomnik Braterstwa Broni Narodów Słowiańskich – graniasta kolumna z trzema metalowymi sztandarami.
Dlaczego tylko z trzema? A może dlaczego aż z trzema? Zapewne podobne pytania zadawali sobie towarzysze polscy i sowieccy, ponieważ po raz pierwszy od rozpoczęcia wojny o plac zwycięzca bitwy dokonał samokrytyki, a w efekcie autokorekty. Rok później pomnik został zastąpiony przez inny – Wdzięczności Armii Radzieckiej. Ten pamięta wielu lublinian. „Dlaczego żołnierz radziecki wyciąga rękę w stronę poczty głównej? Żeby ukraść zegar” – taki dowcip krążył po mieście jeszcze za bardzo czerstwego PRL-u. W PRL-u schyłkowym wraz z kolegami też dołożyłem się do zgryw ze znienawidzonego pomnika, kiedy odkryliśmy, że jednemu z sołdatów na płycie bocznej da się włożyć do ust papierosa. Ale najzabawniejsze wydarzenie – zabawne oczywiście z perspektywy czasu – miało miejsce latem 1981 r., kiedy to odwiedził Lublin Lech Wałęsa.
Niech jednak ta historyjka na chwilę zawiśnie w powietrzu, bo żeby się z niej w pełni pośmiać, trzeba zrozumieć, że rok 1981 był w wojnie pomnikowej prawdziwym punktem zwrotnym – może nie zaraz jakimś Cudem nad Bystrzycą, ale lokalnym Łukiem Kurskim na pewno. Główną rolę odegrał w niej niepozorny pomnik Konstytucji 3 Maja – właściwie nawet nie żaden pomnik, po prostu kamień z napisami na niskim postumencie. Ponieważ nie wyróżniał się za bardzo, długo partyjnym sekretarzom nie przeszkadzał. Dopiero w 1963 r. przypomniano sobie, że jedną ze skutecznych metod wojny pomnikowej może być chowanie tych mniej słusznych za krzakami (patrz: sobór i obelisk Unii). Komunistyczni naśladowcy carskich planistów pobili na głowę mistrzów.
Wyszło tanio, bo wystarczyło przesunąć pomnik ledwie parę metrów, a nie tylko zginął wśród krzaków, lecz nawet zyskał kompromitującego sąsiada w postaci publicznego szaletu. Tyle że w zamierzeniu miał to być policzek, a wyszedł symbol zgnębionej wolności. Nieprzypadkowo od 1980 r. ów skromny głaz grał główną w walce z komuną, zwłaszcza że 3 V 1981 został przywrócony na poprzednie miejsce, powiększony o dodatkowy postument i posadzono na nim o orła (w koronie, a jakże!). Właśnie pod tym pomnikiem latem 1981 Lech Wałęsa miał złożyć kwiaty, wracamy więc do naszej historii.
Traf chciał, że w nocy przed przyjazdem przewodniczącego ktoś oblał sołdata farbą. Białą farbą – i żołnierz radziecki wyglądał, jakby narobił na niego gigantyczny gołąb. Działacze z Zarządu Regionu „Solidarności” osobiście czyścili pomnik – przekonani, że ów akt wandalizmu był prowokacją SB. Z kolei funkcjonariusze przyglądali się temu jeszcze bardziej zdezorientowani, ponieważ żadnej prowokacji nie było. Jak wyszło na jaw sporo później, „Sowieta” zdewastowało kilku młodych ludzi w najzupełniej samodzielnym, samorządnym i spontanicznym odruchu niepodległościowym.
Wraz z rokiem 1990 Pomnik Wdzięczności szczęśliwie zniknął z krajobrazu Lublina, a 10 lat później w jego miejscu pojawił się Piłsudski – najdłużej oczekiwany rezydent głównego placu Lublina, który miał na nim stanąć już pod koniec lat 30 XX w. Czekał lat 70, ale odtąd każdego 11 listopada ma przy nim miejsce kulminacyjny punkt obchodów rocznicy odzyskanie niepodległości. Przez resztę roku – ze względu na przyjazny kształt lądowiska – cieszą się nim... głównie gołębie.
Zdjęcia:
1. Sobór pw. Podwyższenia Krzyża (pocztówka z pocz. XX w.)
2. Pomnik Wdzięczności Armii Radzieckiej
3. Pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego
Marcin Wroński, specjalnie dla polskiego miesięcznika w Sankt Petersburgu “Gazeta Petersburska”